sobota, 8 lipca 2017

Rozdział 17 - Skok w przeszłość

 *Christian*


Zdecydowałem się posłuchać Ethana i lecieć do Chicago. Miał rację, mówiąc że zmiana otoczenia nie zaszkodzi. W piersi czułem ucisk irracjonalnego podekscytowania, który towarzyszy mi zawsze, gdy tylko wybieram się w dłuższą podróż. Wyjrzałem przez okno odrzutowca, przyglądając się jak promienie świtającego słońca powoli budzą miasta do życia. Zewsząd otaczały nas różowawo pomarańczowe obłoczki, a świat pod nami wyglądał jak szczegółowa, idealnie skonstruowana makieta. Widok był niesamowity. 
- Szefie... - Z rozmyślań wyrwał mnie głos stewarda. - Za piętnaście minut lądujemy - poinformował.
- W porządku, dzięki.


***

Zaparkowałem sportowe BMW pod blokiem, w którym mieszka niejaki Carrick Wilson. Pokonałem biegiem osiem pięter w górę, ignorując pustą windę. Po kilku godzinach spędzonych na tyłku w samolocie, rozpierała mnie energia. Szybko odnalazłem właściwy numer mieszkania i zapukałem kilkukrotnie. Cisza. Zacząłem walić w drzwi pięścią. Cisza. No co jest do cholery... Rozumiem, że jest piąta rano, ale taki hałas obudziłby umarłego. Ze zniecierpliwionym westchnieniem parę razy wcisnąłem przycisk dzwonka. W końcu usłyszałem kroki na skrzypiącym parkiecie i nieprzytomny głos Carricka. 
- Już idę, idę... - wyjęczał zaspany, po czym otworzył drzwi.
- Siema Wilson! - zawołałem radośnie.
Przetarł oczy. 
- Czy ja mam jakiś pieprzony koszmar, czy Christian Blake naprawdę stoi w moich drzwiach o piątej rano...? - wydusił.
- Ej, gdyby to był sen, byłby to najpiękniejszy sen w twoim życiu. Ale rzeczywistość jest znacznie fajniejsza, bo to prawda! - uśmiechnąłem się szeroko.
- O mój Boże... Co ty tu robisz tak wcześnie? - spytał, wpuszczając mnie do mieszkania.
- Przyleciałem tu specjalnie, żeby opić z tobą zerwanie z Emmą. A tak serio, to jestem w Chicago w celach służbowych. - odparłem i postawiłem na stole półlitrową whiskey.
- Nie za wcześnie trochę na picie? Ewentualnie za późno, jak kto woli...
- Nie wymyślaj. 
Wyjąłem z przeszklonego barku dwie szklanki, przysunąłem jedną chłopakowi, po czym otworzyłem butelkę. Wilson tylko pokręcił głową, odmawiając alkoholu.
- Więc zerwałeś z Emmą? - zaczął.
- Ona zerwała ze mną. 
- I tak cię to cieszy, że świętujesz? 
Parsknąłem gorzkim śmiechem. - Nie, stary. Po prostu czuję się tak cholernie rozbity, że jedyne co mi teraz pozostało, to się śmiać. 
Wypiłem duszkiem całą szklankę. Carrick przezornie zabrał flaszkę z zasięgu moich rąk i wlepił we mnie zdziwione spojrzenie.
- Cóż... Przykro mi, Chris. Na pewno nie da się tego jakoś odkręcić? - spytał cicho.
- Nie-e. Ona chce normalnego życia. A ja mogę dać jej wszystko, oprócz tej jednej rzeczy.
Pokiwał głową ze zrozumieniem i poklepał mnie po ramieniu. 
- Nie martw się, jeszcze do ciebie wróci.
- Zawsze byłeś kiepskim kłamcą, ale teraz pobiłeś samego siebie. Chyba sam nie wierzysz w to co mówisz. - burknąłem.
- A ty zawsze byłeś dupkiem. - odciął się. - Próbuję ci pomóc, więc mógłbyś być trochę milszy.
- Nie mówię, że nie jestem, bo masz rację. I w sumie całkiem mi z tym dobrze.
- Szkoda, że innym niekoniecznie. - prychnął.
- Szkoda, że jestem również pieprzonym egoistą i wali mnie co myślą inni. - uśmiechnąłem się lekko.
- Ale obchodzi cię, co myśli Emma gnojku. - oznajmił zwycięsko. Pewnie myśli, że dotknął mnie do żywego tą błyskotliwą ripostą. Ta, po tym jak Emma rozbiła moje serce w drobny mak, już chyba żaden głupi tekst nie jest w stanie wyprowadzić mnie z równowagi.
- Tu też masz rację. - powiedziałem spokojnie. - Jeśli chciałeś, żeby mnie to zabolało, zapomniałeś, że ja nie mam uczuć. 
Skrzywił się. - Jesteś jeszcze gorszym sukinsynem, niż ostatnio. - syknął.
- Dziwisz mi się? - warknąłem. - Jestem ciekaw, jak ty byś się zachowywał, gdyby miłość twojego życia wyrwała ci serce z piersi, poszatkowała, zdeptała obcasem buta na szpilce i upchnęła z powrotem?! - Z każdym kolejnym słowem podnosiłem głos, a te ostanie już wykrzyczałem. 
- Jezu, dobra, wyluzuj... Sorry, Blake, teraz to ja byłem dupkiem.
- Z jakim przestajesz, takim się stajesz. - uśmiechnąłem się smutno. Chyba nawet żarty już mi nie wychodzą...
- Rany, skończyłeś jechać po mnie, teraz ciśniesz po sobie? Naprawdę jest z tobą źle.
- Fajnie, że w końcu rozumiesz. Będę się zbierał, muszę jeszcze pozałatwiać sporo rzeczy. - mruknąłem, podnosząc się z miejsca.
- W porządku, miło że wpadłeś. 
- Naprawdę nie potrafisz kłamać.
- Nic nie poradzę, Blake, jest piąta rano! - zawołał z niepocieszonym wyrazem twarzy.
- Taki był plan. - Puściłem mu oczko. - Do zobaczenia innym razem, Wilson. 
Wyszedłem z mieszkania, zbiegłem po schodach i odnalazłem na parkingu czarne auto. Jest całkiem niezłe, chyba przemyślę zakup podobnego. 
Dojazd do bazy położonej za centrum Chicago zajął mi kilkanaście minut. W porównaniu do Nowego Jorku, ruch odbywa się tu właściwie bez korków. Miła odmiana. Wpisałem właściwy kod i zjechałem do podziemnego garażu. Wewnątrz czekał już młody chłopak, nerwowo przestępujący z nogi na nogę. Podszedł do mojego samochodu i lekko zastukał w przyciemnianą szybę. Otworzyłem okno.
- Panie Blake, jeśli pan chce, zaparkuję pański samochód. - wyrecytował szybko wyuczoną formułkę. Był tak przerażony, że zrobiło mi się go żal. Ciekawe jakie plotki tu o mnie chodzą... Wysiadłem z BMW i podałem chłopakowi kluczyki. Stojąc naprzeciw niego, przewyższałem go o dobrą głową, co zdawało się tylko potęgować jego strach.
- Jasne, dzięki. - rzuciłem z lekkim uśmiechem. "Parkingowy" kiwnął mi głową na pożegnanie. Odchodząc, usłyszałem jak oddycha z ulgą. Boże, biedny dzieciak, starsi koledzy chyba trochę z niego zakpili i nawciskali mu jakiś bzdur. Chłoptaś ma ich za autorytety, uwierzył w każde ich słowo i oto efekty. Rozumiem młodego, bo sam kiedyś byłem w takiej sytuacji. 
 Szybko odnalazłem drogę do windy, którą z ostatniej wizyty tutaj, pamiętałem jak przez mgłę. Wysiadłem na piętrze, gdzie powinny mieścić się sale treningowe i ruszyłem w ich kierunku. Nagle poczułem jak coś gwałtownie uderza w moją klatę. Coś dużo drobniejszego ode mnie.
- Jak łazisz idioto?! - krzyknęła dziewczyna. Powoli przesunąłem po niej wzrokiem. Laska 12/10, szczupła, wysoka, wysportowana. Nogi do szyi, apetycznie zaokrąglone biodra, pełne usta, wyzywający makijaż. Jeszcze kilka miesięcy temu dałbym się pokroić za taką niunię w łóżku. Teraz jej wygląd po mnie spłynął.
- To ty na mnie wpadłaś. - zauważyłem spokojnie.
- Masz szczęście, że jesteś przystojny świeżaku, bo inaczej bym cię rozniosła. - syknęła ze złością.
- Świeżaku? - zakpiłem. - Wiesz z kim rozmawiasz? 
- W dupie to mam. Spieszę się. - Wyminęła mnie szybkim krokiem, zawadzając barkiem o moje ramię. Jezu, co za temperament. Odwróciłem się za nią - jest suką, ale ładnego tyłka nie można jej odmówić. Tyle że ja patrzyłem na nią jak na dziewczynę z okładki Playboya, zupełnie lekceważąco. Ciekawe co robi Emma... Tęsknię za nią. Ona za mną też? Westchnąłem smutno, otrząsając się z zamyślenia. Muszę o niej zapomnieć. Zmusiłem się do ruszenia z miejsca i znalezienia tej pieprzonej sali treningowej.
- Christian Blake! - zawołał za mój widok wysoki, ciemnowłosy mężczyzna.
- Brian Whitelaw. - Uśmiechnąłem się, wymieniając z nim uścisk dłoni. Brian jest szefem tego miejsca, ale nadal moim podwładnym. 
- Testy rozpoczną się za kilka godzin. Pomyślałem, że nie ma sensu z tym zwlekać do jutra. - oznajmił.
- Tak, to dobry pomysł. Powiedz mi, Whitelaw, macie tu jakieś dziewczyny? - spytałem.
- Tak, w sumie to jedną. Martina Caruso. Czemu pytasz?
- Zwyzywała mnie właśnie od idiotów i pociągnęła z bara. - Zaśmiałem się.
- O Boże... - jęknął. - To takie do niej podobne, wybacz Chris. Straszna z niej suczka, ale leje się lepiej niż niejeden facet. - dodał.
- Świetnie. Chętnie zobaczę jej minę, gdy ponownie się spotkamy.

***

Trzydziestu siedmiu kandydatów później miałem serdecznie dosyć tej szopki. Jak na razie tylko jedna osoba w ogóle reprezentuje minimum odpowiedniego poziomu do tej wymiany. Chyba zacznę bardziej doceniać moich chłopaków, bo przy tych tutaj wypadliby niesamowicie. Numer trzydzieści osiem... Caruso. A to ciekawe, teraz się zabawimy. Uśmiechnąłem się pod nosem, gdy dziewczyna weszła na salę. Trzymała się prosto, z wysoko uniesionym podbródkiem. Arogancja biła od niej na kilometr, dopóki nasze spojrzenia się nie spotkały. Zrobiła wielkie, przerażone oczy, ale w przeciągu sekundy przywróciła na twarz obojętną maskę. 
- Pan Blake. - przywitała mnie chłodnym, opanowanym głosem, opierając smukłe dłonie na biodrach.
- Panna Caruso. - odwzajemniłem się beznamiętnym uśmiechem. - Pokaż na co cię stać. 
- Bardzo chętnie.  
W tym krótkim stwierdzeniu zawarte było wyzwanie, ewidentna zaczepka i... propozycja. Tak, laska bezwstydnie rozbierała mnie wzrokiem. I wyglądała jakby bardzo chciała rozebrać się przede mną. Cóż, nie będzie jej dane tego zrobić. A przynajmniej nie wywrze na mnie najmniejszego wrażenia. Spokojnie wstałem od stolika i stanąłem trzy kroki od niej.
- Załatw mnie jak jesteś taka cwana. - wymruczałem, patrząc jej prosto w oczy. Martina zachłysnęła się powietrzem.
- Ale... - zaczęła już o wiele mniej pewnie.
- No dawaj. - Skrzyżowałem ramiona i spojrzałem na nią z góry. - Bo twoja szansa przepadnie za trzy...dwa...
Przerwała mi mocnym atakiem. Obróciłem go przeciwko niej, wykorzystując siłę natarcia do przewrócenia dziewczyny na materac. Błyskawicznie podniosła się na nogi i spróbowała innego sposobu, ale również skończyła na tyłku. Teraz to ja wyprowadziłem pierwszy cios. 
Po dwudziestu minutach zaciekłej walki staliśmy na przeciwko siebie, mierząc się wzrokiem, oboje zdyszani i spoceni. Nie dała mi rady, ale jest dobra. Dzielnie się broniła, nie zniechęcały jej niepowodzenia, ma świetną technikę. Idealny materiał na ucznia. Wyprostowałem się i z uśmiechem wyciągnąłem do niej rękę. - Jestem pod wrażeniem. Witam w zespole.
Podała mi swoją dłoń. - Dziękuję za tę lekcję, panie Blake. Mam nadzieję, że nie będzie ostatnia? - spytała, z rozmysłem przygryzając wargę. Do mojej głowy wpadła nieproszona myśl, że kiedy Emma tak robiła, wyglądało to słodko, niewinnie i cholernie seksownie. Martina była natomiast prowokacyjna jak dziwka. Po raz kolejny zbyłem jej otwartą sugestię i wróciłem do Briana.
- Następny. - rzuciłem obojętnie, odprowadzając Caruso wzrokiem do drzwi. Niezłe z niej ziółko. 
- Prawdziwa, tykająca seksbomba, no nie? Nigdy nie wiadomo kiedy wybuchnie. - Zaśmiał się Brian. Bezbłędnie odczytał moje myśli. 
- Tak... Coś czuję, że narobi mi kłopotów. - westchnąłem.
- A tam. Utemperujesz ją jakoś. - odparł dwuznacznie.
Pokręciłem tylko głową ze znużeniem. Czułem się totalnie wypruty i z czystym sumieniem zamierzałem zwalić pannę Caruso na głowę Ethana. Latynosi zawsze znajdą wspólny język. Dosłownie i w przenośni.

***

- Przyznaj się Tina, ile razy obciągnęłaś Blake'owi żeby cię wziął? - zapytał kpiąco jakiś chłopak.
- Pieprz się Theo! - odwarknęła.
Oparłem się o ścianę, z zainteresowaniem obserwując przedstawianie. Ci dwoje byli tak zajęci sobą, że nawet nie dostrzegli, że mają jednoosobową widownię.
- Z tobą? Nie dzięki, nie lubię używanego towaru. - rzucił z chamskim uśmieszkiem na twarzy. Widziałem, że dziewczyna zagotowała się z wściekłości. Z cholerną precyzją wymierzyła prawy sierpowy w jego szczękę, aż głowa odskoczyła mu na bok, a gdy się zachwiał, poprawiła solidnym kopem w jaja. W ułamku sekundy koleś leżał na ziemi, zwijając się z bólu. Martina patrzyła na niego z triumfem w brązowych oczach. Skrzywiłem się. Auu, samo patrzenie na niego zabolało. Odepchnąłem się od ściany i podszedłem do nich, bijąc brawo. Momentalnie skupili na mnie uwagę. Caruso uniosła wysoko brwi, a jej kolega zamarł z jękiem na ustach. 
- Widzisz chłopie. - zacząłem, wyciągając do niego rękę. Wymamrotał podziękowanie i wstał z moją pomocą. - Nie wszyscy dochodzą do czegoś przez łóżko. Wybierają pracę nad sobą i szlifowanie swoich umiejętności. - kontynuowałem. - To nie wina Martiny, że niewiele potrafisz, co zresztą świetnie ci przed chwilą udowodniła, więc nie wyżywaj się na niej, tylko weź się za siebie. - poradziłem, klepiąc go w łopatkę. - A jeśli chodzi o ciebie. - przeniosłem spojrzenie na Tinę. - Właśnie przekonałaś mnie, że naprawdę jesteś czegoś warta. Gratulacje. 
 Kiwnąłem im obojgu głową i wróciłem do swojego tymczasowego pokoju.  Zamknąłem za sobą drzwi kopniakiem. Te całe całe testy były cholernie nużące. Przez kilka bitych godzin musiałem patrzeć na ponad setkę nieudaczników, którzy zapewne mieli się za nie wiadomo co. Bezsprzecznie męczące i denerwujące zajęcie. Na szczęście znalazła się również garstka utalentowanych osób, darzących szacunkiem siebie i mnie. A wśród nich wyjątkowo krnąbrna, temperamentna latynoska, zapowiadająca samym swoim spojrzeniem nieuchronnie nadciągające, niczym letnia burza w upalny dzień, kłopoty. Z westchnieniem wyjąłem z tylnej kieszeni jeansów telefon i odblokowałem ekran. Na tapecie miałem ustawione zdjęcie z Emmą. Pamiętam kiedy robiła to selfie. Przepychaliśmy się na kanapie, ona próbowała zabrać mi pilot do telewizora, a ja skutecznie jej to uniemożliwiałem. W końcu wylądowała na moich kolanach i już tam została. Na zdjęciu tuliłem ją mocno z ustami przyciśniętymi do jej policzka, a ona uśmiechała się szeroko do przedniej kamerki mojego telefonu. W jej oczach błyszczało szczęście i... miłość. Nawet nie wiedziałem, że strzeliła nam tą fotkę, dopóki nie zauważyłem, że mam ją na ekranie głównym. Ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Oddałbym wszystko, żeby choć na chwilę wrócić do tamtej chwili. Tak cholernie mocno za nią tęsknię...


Zacisnąłem zęby, trzymając palec nad imieniem "Emma" w kontaktach. Mógłbym zadzwonić, spytać co słychać, usłyszeć przynajmniej przez chwilę jej głos... Nie. Nie mogę... Musiałem użyć całej swojej silnej woli, żeby tego nie zrobić i wybrać numer Ethana. Odebrał po pierwszym sygnale.
- Siema, Blake. 
- Cześć, Casas. - rzuciłem do telefonu. - Chciałem tylko poinformować, że wszystko załatwione i wracam do Nowego Jorku jutro rano.
- Świetnie. Były jakieś problemy?
- Dopiero się zaczną, jak mniemam. - odparłem tajemniczo.
- Co to za sekrety przed najlepszym kumplem? - spytał z rozczarowaniem w głosie.
- Jutro poznasz ten sekret osobiście, jestem pewien, że zrobi na tobie wrażenie, Eth.
- Cholera, nie brzmi zachęcająco. 
- Brzmi prawdziwie. - Zaśmiałem się cicho.
- Cóż, w takim razie czekam na was z niecierpliwością. - Wyczułem po głosie, że się uśmiecha na myśl co tym razem wykombinowałem. - Leć bezpiecznie. - dodał.
- Ethan, czekaj...
- Co jest Chris?
- Widziałeś... Widziałeś może przez przypadek ostatnio Emmę? - wydusiłem z trudem, bez ładu i składu.
- Nie... Nie widziałem jej. A od Sarah nie odbiera telefonu.
- Mhm.
- Chris...
- Muszę kończyć. Do zobaczenia jutro. 
Rozłączyłem się szybko, zanim przyjaciel zacząłby mnie kolejny raz pocieszać. Musiałem się trzymać, a rozmyślanie o Emmie zdecydowanie nie ułatwia mi zadania. Przetarłem dłońmi twarz i przeczesałem palcami przydługie czarne kosmyki, które po chwili znowu opadły niesfornie na czoło. Zajęcie. Potrzebuję natychmiastowego zajęcia. Cisnąłem telefonem o łóżko i wyszedłem z pokoju, z postanowieniem bezcelowego poszwendania się po centrum Chicago.
***
Pochodziłem tu i tam, wspominając mój pierwszy pobyt w Chicago. Miałem szesnaście lat i to było pierwsze miejsce, w które zabrał mnie Will. Pozwolił mi i Ethanowi przyglądać się swojej pracy, a w wolnym czasie oprowadził nas po najciekawszych zakątkach miasta. Pokazał nam, że Chicago ma do zaoferowania o wiele więcej, niż tylko kilka ładnych, szklanych drapaczy chmur.


Odtwarzając w myślach trasę, dotarłem do małej włoskiej knajpki, ukrytej głęboko w gąszczu ciasnych uliczek za centrum. Okolica nie była zbyt zachwycająca, ale ciepły wystrój wnętrza i najlepsza pizza w USA rekompensowały nieciekawe otoczenie. Popchnąłem przeszklone drzwi lokalu i wszedłem do środka. Za ladą siedział wysoki, krępy mężczyzna. Jego przyjazną, okrągłą twarz znaczyły pierwsze zmarszczki, a czarne, kręcone włosy przyprószyła siwizna. 
- Witaj, Antoni. - odezwałem się, podchodząc bliżej.
Włoch zmierzył mnie uważnym spojrzeniem. Nagle jego twarz rozjaśnił uśmiech. - Pamiętam cię, jesteś od Willa, prawda? 
Powoli skinąłem głową.
- Wiedziałem. - kontynuował z wyraźnym zaciągającym akcentem. - Takich oczu jak twoje nie da się zapomnieć. Wyrosłeś, synu. Co u Willa? Dawno się nie odzywał.
Poczułem jak żołądek zaciska mi się w ciasny supeł. Nienawidziłem słów, które musiałem teraz przepchnąć przez gardło. - Will nie żyje. - wydusiłem. - Od kilku lat.
Antoni pobladł nieco, a uśmiech zniknął z jego twarzy. Otworzył usta po czym je zamknął, jakby nie wiedział co powiedzieć. W końcu podniósł na mnie wzrok. - Sukinsyny... Zabili go, nie? - spytał z bólem.
- Tak. 
Mężczyzna westchnął ciężko. - Przykro mi. Był wspaniałym człowiekiem. - Nie mogłem się nie zgodzić. - Właściwie mógłbyś mi przypomnieć swoje nazwisko?
- Christian Blake.
Wskazał mi krzesło. - Siadaj, synu. Powspominajmy stare czasy.
Rozmowa z Antonim przeniosła mnie lata wstecz, bliżej Willa. Mężczyzna doskonale go znał i chętnie dzielił się ze mną swoimi historiami. Po wyjściu z knajpki poczułem się nieswojo, bo nagle uderzyło we mnie, że Willa już nie ma. Ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Tęskniłem za nim. Byłem jeszcze gówniarzem, gdy odszedł, a mimo to mi zaufał. Zawsze wierzył we mnie mocniej, niż ktokolwiek inny, niż ja w samego siebie. Otrząsnąłem się ze wspomnień, chowając przeszłość głęboko na dnie serca i wróciłem do teraźniejszości. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Chłodny, jesienny wiatr rozwiał mi włosy. Zapiąłem kurtkę, szybkim krokiem kierując się w stronę zaparkowanego przy jednej z popularnych sieciówek BMW. 

***


- Christian... - usłyszałem za sobą znajomy głos. Odwróciłem się. Było już dobrze po północy, więc nie sądziłem, że kogoś spotkam. I z pewnością miałem cichą nadzieję, że nie będzie to ona. Martina uśmiechnęła się uwodzicielsko, podchodząc bliżej. Bez skrępowania przesunęła palcami po moim torsie. Drgnąłem i od razu cofnąłem się o krok. Nigdy nie lubiłem, gdy obce laski mnie dotykały. Jakiekolwiek laski. Nie dotyczyło to tylko Emmy. Moja mała dziewczynka... Pewnie by się wściekła na widok Tiny, zawsze była zazdrosna. Zresztą tak jak ja, pod tym względem się dobraliśmy. Szkoda, że pod innymi już nie do końca...
- Nie uciekaj. - zamruczała hiszpanka. - Mam na ciebie ochotę, odkąd bezczelnie na mnie wpadłeś, kotku. - Ponownie wyciągnęła dłonie w moją stronę. Złapałem ją za nadgarstki i stanowczo odepchnąłem jej ręce. - Daj spokój, Martina. Nie. - Spiorunowałem ją wzrokiem, z nadzieją, że coś to da. Przeliczyłem się. Dziewczyna nachmurzyła się i spojrzała na mnie urażona, z ramionami skrzyżowanymi na piersi. - Mi się nie odmawia, Blake. Jeszcze będziesz mój. - syknęła.
- Nie sądzę. Dobranoc. - warknąłem chłodno i poszedłem prosto do swojej sypialni, zatrzaskując za sobą drzwi. Na klucz. Cholera, nie sądziłem, że będzie taka bezpośrednia. Chyba trzeba jej przypomnieć pewne granice, które właśnie przekroczyła. Rzuciłem się na łóżko i wcisnąłem twarz w poduszkę. Pachniała świeżym płynem do prania. Moja poduszka pachniała perfumami Emmy. Słodko, kwiatowo z seksowną, korzenną nutką. Idealnie do niej pasowały. Ze złością walnąłem pięścią w materac, nie potrafię o niej zapomnieć nawet na pieprzone kilka minut. To mnie wykańcza. Chcę ją zobaczyć, upewnić się, ze nie cierpi tak jak ja, że jest szczęśliwa, i tak jak ona zacząć nowy etap w życiu. Jutro będę już z powrotem w Nowym Jorku. Mieście, któremu będę musiał stawić czoła.


________________________________________

Hej wszystkim!
Jak widać w rozdziale, Chris tęskni za Emm, ale pojawiła się inna, piękna dziewczyna, w dodatku dzieląca jego upodobania. Myślicie, że wyniknie z tego coś więcej? ;)
Koniecznie piszcie w komentarzach jak to widzicie! :D Tymczasem ja Was zostawiam i życzę miłego weekendu :)
Do następnego!
Little M. <3

Ps. Zmieniłam tytuł rozdziału 16 na bardziej adekwatny :D Mam nadzieję, że Wam też się bardziej podoba :)

poniedziałek, 3 lipca 2017

Rozdział 16 - Nowy etap + ważna notka!

*Emma*

1 października 2016, Nowy Jork

Tygodnie leciały jak szalone. Rok szkolny rozpoczął się na dobre, a wraz z nim masa nauki. Im więcej czasu spędzałam na uczelni, wśród studentów, tym częściej uświadamiałam sobie, że mój związek z Chrisem nie ma przyszłości. Bardzo go kocham, jak nikogo innego. Wiem, że on mnie też, ale póki robi to co robi... Po prostu nie pasujemy do siebie. Chcę skończyć studia, podjąć normalną pracę, kiedyś mieć rodzinę... W tym planie nie ma miejsca na bezsensowne narażanie życia i zamartwianie się, czy mój chłopak wróci dzisiaj do domu, czy może rano widziałam go po raz ostatni. Byłam rozdarta. 
- Emm, ale co się stało? Czemu chcesz z nim zerwać? - spytała Sam.
Siedziałyśmy w małej, przytulnej kawiarni w centrum handlowym. Między stolikami uwijały się kelnerki, klienci wchodzili, wychodzili, na kanapie obok kilka dziewczyn pokładało się ze śmiechu. Ludzie żyli własnym życiem, płynęli z prądem codziennego dnia. A dla mnie czas się zatrzymał. Przed oczami przemykały mi urywki chwil spędzonych z Chrisem: taniec, wyścigi, ulubione miejsce nad jeziorem, przepychanki, pocałunki... Byłam w stanie to wszystko zakończyć? Przekreślić miłość, szczęście? Ale tak będzie najlepiej dla nas obojga. Chyba...
Odetchnęłam ciężko. Co mam odpowiedzieć? Że mój chłopak jest głową absurdalnie wielkiej przestępczej organizacji? Że połowę wieczorów, które normalni faceci spędzają w klubach ze znajomymi, on szlaja się po opuszczonych dzielnicach miasta i bawi się w strzelaniny? A może, że to o nim co jakiś czas czyta w brukowcu kiedy piszą o kolejnych awanturach ulicznych? Milion pytań kłębiło się w mojej głowie. Ale nie... Nie ma szans, że go zdradzę. Poza tym ta wiedza jest niebezpieczna, przekonałam się o tym na własnej skórze, gdy poznałam Chrisa. Czasem naprawdę lepiej odpuścić, nie dociekać, nie usiłować wiedzieć więcej. Nie wybaczyłabym sobie, gdyby przeze mnie Sam coś się stało. Rodger czasem jest tępy, ale jest też nieobliczalny.
- Po prostu... - zaczęłam. - Po prostu wydaje mi się, że do siebie nie pasujemy... Ostatnio trochę się popsuło i w ogóle... 
- Doskonale wiem, kiedy ściemniasz Davis. Co on ci zrobił? 
- Nie... On mi nic nie zrobił, naprawdę. Chyba między nami coś się wypaliło i tyle... 
- Okay, Emm. Nie chcesz to nie mów, ale w takim razie po co chciałaś się spotkać? Nie czytam ci w myślach, więc nie mogę ci pomóc, jeśli nic mi nie powiesz. - dodała bezradnie.
Zapadła między nami cisza. Przeanalizowałam jeszcze raz wszystkie za i przeciw. Może to głupie, w miłości kierować się zdrowym rozsądkiem, ale byłam pewna, że jeśli choć na chwilę dopuszczę do głosu serce, nigdy nie będę w stanie zostawić Chrisa. Uczucia do niego są zbyt silne i zbyt głęboko we mnie zakorzenione. Łączy nas zbyt wiele. Ale decyzja została podjęta. Za chwilę moje życie zupełnie straci sens, by po jakimś czasie nabrać go na nowo. Przynajmniej taką mam nadzieję.

***

Stuk. Stuk. Stuk. Trzy charakterystyczne, krótkie uderzenia w drzwi, po których Chris zawsze mnie rozpoznawał. Kroki na schodach, po których ja byłam w stanie poznać jego. Zgrzyt klucza w drzwiach i trzask puszczającego zamka.
- Hej, mała. - Chłopak pochylił się, żeby mnie przytulić. Nie protestowałam. Zarzuciłam mu ręce na szyję i głęboko zaciągnęłam się zapachem jego perfum. Poczułam łzy pod powiekami. Chciałam się wycofać, nie mogłam... Nie. Klamka zapadła. Odsunęłam się z trudem i poważnie popatrzyłam mu w oczy.
- Musimy porozmawiać.
Zmarszczył lekko brwi. 
- Jasne. Coś się stało? 
Martwi się o mnie. Jak zawsze. Kocham go za to. Zawsze będę...
- Chris... Proszę, nie zrozum mnie źle. Kocham cię. Bardzo... Ale nie możemy być razem. - wyszeptałam, walcząc ze łzami.
Widziałam ból w jego oczach. Rozdarcie, skrzywdzenie, przerażenie. Kilka razy zacisnął i rozluźnił szczękę. Zawsze tak robił, gdy staczał ze sobą wewnętrzną bitwę. Jednak kiedy się odezwał, zaskoczył mnie jak cholera.
- Rozumiem.
"Rozumiem." Jedno, krótkie słowo wypowiedziane zduszonym głosem kryjącym milion emocji. Odetchnął głęboko.
- Wiem, że nigdy nie chciałaś takiego życia. I że znoszenie tego wszystkiego było dla ciebie okropnie trudne. Rozumiem twoją decyzję, Emma. 
- Przepraszam... - Nie powstrzymywałam już łez. Pozwoliłam im płynąć w dół po policzkach, rozmazywać makijaż i skapywać na kołnierz skórzanej kurtki.
 Chris zrobił krok w moją stronę. Delikatnie ujął moją twarz w dłonie, wycierając kciukami skórę.
- Nie przepraszaj, bo nic złego nie zrobiłaś. Mam nadzieję, że będziesz szczęśliwa. - powiedział cicho. Uśmiechnął się lekko, ale ten uśmiech nie sięgał oczu. 
- Przepraszam. - powtórzyłam.
Wyrwałam się z jego uścisku i wybiegłam na zalaną deszczem ulicę. Nad miastem kłębiły się grafitowe, ciężkie chmury.
Przechodnie szli szybko, chowając się pod kolorowymi parasolkami, które nieustannie wyszarpywał im porywisty wiatr. Momentalnie przemokłam. Łzy zmieszały się z wodą do reszty rozmazując tusz na rzęsach. Nie obchodziło mnie to. Spuściłam głowę i szybkim, sprężystym krokiem ruszyłam w kierunku domu.

***

*Christian*

Więc to koniec. Odeszła, tak po prostu, zabierając ze sobą wszystko co miało w moim życiu znaczenie. Bo ona była moim życiem. Wcale nie była, nadal jest. Nikt nigdy tak bardzo nie namieszał w moim sercu, jak ona. Ale nie tylko w nim. Czasem miałem wrażenie, że potrafi dotknąć mojej duszy. Sprawiała, że codziennie rano budziłem się z uśmiechem na twarzy, a przynajmniej z bardziej pozytywnym nastawieniem do życia. Zna mnie lepiej niż ja samego siebie. Zacisnąłem mocno zęby. Czułem się  nieporadny, jak małe dziecko, które rodzice porzucili w zupełnie nieznanym mu miejscu. Przerażony, zagubiony, nieszczęśliwy. W pewnym sensie Emma była dla mnie kimś, kto prowadził mnie za rękę przez to życie. Nie pozwoliła, żebym zabłądził, a przy każdym potknięciu pomagała mi wstać. 
- Chris? Co jest? 
Gwałtownie poderwałem głowę i zobaczyłem nad sobą Ethana. Nawet nie wiem w którym momencie nogi odmówiły mi posłuszeństwa tak, że teraz siedziałem skulony pod ścianą. Żałosne. Po prostu godne pożałowania. Miałem szczerą nadzieję na wyjście z tej sytuacji z twarzą, ale skoro Eth wrócił wcześniej to dupa z tego. Mogę co najwyżej pozbierać resztki godności i powiedzieć prawdę, bo co innego mi zostało? Z westchnieniem wstałem z podłogi i założyłem ramiona. Wdech. Wydech. Dwa słowa. Dam radę.
- Rozstaliśmy się. - wydusiłem. Czułem się naprawdę jak ostatnia ciota, że załamuję się z powodu dziewczyny. Chris sprzed roku zapewne zacierałby ręce i pokładał się ze śmiechu na mój widok. Nigdy nie sądziłem że przez jedną osobę mogę aż tak zmięknąć, że ktokolwiek będzie w stanie przedrzeć się przez mur, który długo i cierpliwie budowałem wokół siebie. Teraz pozostało z niego tylko kilka rozkruszonych cegiełek, a zbudowanie go od początku będzie mozolne i bolesne.
- Co? Przecież wszystko było między wami ok, dlaczego? 
- Może właśnie dlatego, że wszystko było ok...
- Chris, dobrze się czujesz? Co ty do mnie mówisz? - Ethan popatrzył na mnie zdziwiony. Chyba naprawdę nic nie rozumie z tej sytuacji i w sumie mu się nie dziwię.
- Ona by mnie nie zostawiła, gdybym miał kłopoty. Nie jest tchórzem. Pomogła mi wyjść na prostą, a dobrze wiesz, że nigdy nie chciała takiego życia, więc... - Wzruszyłem ramionami. 
- Niby tak nagle przestała cię kochać? Chris, daj spokój, to nie ma sensu. - Upierał się kumpel. Widziałem po nim, że się martwi. Cholera, aż tak beznadziejnie wyglądam?
- Nie przestała. Ona nie chce żyć w tym gównie nie rozumiesz? - warknąłem. - Zresztą nieważne. Zostawmy to. Muszę się czymś zająć.
Ethan westchnął ciężko. 
- W porządku, jak chcesz. Jeśli cię to zainteresuje, właśnie przysłali z Chicago propozycję miesięcznej wymiany.
- A jakieś konkrety?
- Proponują dwadzieścia osób na miesiąc. 
- Dziesięć osób z zaawansowanej. Nie chce mi się użerać z początkującymi. Tylko najlepsi.
- O tym samym pomyślałem. - Ethan pokiwał głową. - I o tym, że sami moglibyśmy egzaminować kandydatów. No, przynajmniej jeden z nas.
- Masz na myśli wyjazd do Chicago? 
- Dokładnie. 
- Dobra. Napisz im co mogą otrzymać z naszej strony. Idę się przejechać. 
Cholernie potrzebowałem świeżego powietrza i tego uczucia wolności, które towarzyszy mi zawsze, gdy wsiadam na motor. Coś cudownego. Idealna terapia na splątane myśli i...złamane serce.
- Mhm... Chris? - zawołał za mną.
Odwróciłem głowę i spojrzałem na kumpla bez słowa. Jego oczy jasno mówiły "Uważaj na siebie." Kiwnąłem tylko głową, po czym wyszedłem z domu. 
Na podjeździe stał zaparkowany mój ścigacz, w tej chwili cały mokry. Nawet nie zauważyłem, że zaczęło padać. Nie, padać to złe słowo. Lało jak z cebra. W taką pogodę tylko idiota mógłby wpaść na pomysł jeżdżenia 150km/h po mieście motorem. Lekkomyślny idiota. Taki właśnie jestem. Ryzyko i adrenalina to słowa nawet mi bliższe, niż własne imię i nazwisko. Silnik zawarczał ochoczo, a honda szybko nabierała prędkości. Lawirując pomiędzy samochodami, wyjechałem z centrum miasta prosto na drogę zwaną w środowisku motocyklistów Old Highway - odcinek, jak sama nazwa mówi, starej autostrady prowadzącej z Nowego Jorku do New Jersey. Droga składa się z długich, prostych odcinków przerywanych co parę kilometrów ostrymi zakrętami. Może właśnie dlatego została wyłączona z ruchu. Zdarzało się tu za dużo wypadków, więc wyznaczyli nową trasę, nieco dłuższą dystansowo, ale znacznie łagodniejszą.
Teraz Old Highway jest idealnym miejscem do wyścigów. Z obu stron odgrodzona od zwykłych autostrad barierami, lecąca tak naprawdę pośrodku szczerego pola. Asfalt jest co prawda wytarty i popękany, ale w niczym to nie przeszkadza. Uwielbiam to miejsce. Licznik pokazuje już dwieście, a ja wreszcie czuję, że żyję. 

Nie mam kasku, więc jestem totalnie przemoczony. Deszcz wciska mi się do oczu, powodując, że jadę właściwie na ślepo i to trochę przerażające jak bardzo mam w dupie, że w każdej sekundzie mogę się rozwalić. Nawet gdybym miał ten cholerny kask, przy tej prędkości i tak nic by ze mnie nie zostało. Ewentualnie kupka pogruchotanych kości w kałuży krwi. Ciekawe co Emma by zrobiła, gdybym się teraz zabił. Emma. Wystarczyło jej imię, które znikąd pojawiło się w mojej głowie, żeby dotarło do mnie jakim jestem debilem. Żołądek podszedł mi do gardła i momentalnie zacząłem hamować. Starte opony zapiszczały ostro na mokrym asfalcie, a siła rozpędu prawie wyrzuciła mnie w powietrze. Zatrzymałem się gwałtownie na środku drogi, zaciskając drżące dłonie na kierownicy. Odchyliłem głowę do tyłu. Strugi deszczu zalały mi twarz, przywracały trzeźwe myślenie. 

Znowu dałem się ponieść emocjom. Znowu zareagowałem gwałtownie jak pieprzony szesnastolatek. Oddychałem płytko, dudniło mi w uszach. Serce waliło tak szybko i głośno, że odczuwałem te uderzenia całym ciałem. Adrenalina powoli ze mnie schodziła, pozostawiając po sobie drżące mięśnie, uczucie zagubienia i jedno drażniące pytanie, na które nigdy nie poznam odpowiedzi: "Co by było gdyby?". Co by się stało, gdybym teraz nie zahamował. Niewiarygodne, że wystarczyła jedna myśl, jeden impuls, jedno imię, żebym się zatrzymał. Jej imię... Mimo że Emmy już przy mnie nie ma, czuję, że nie mogę jej zawieść. Nie mogę znowu narobić głupot, spaść na samo dno. Nie mogę pozwolić, żeby kierowały mną gwałtowne emocje. Muszę zacząć zachowywać się jak facet, a nie rozpuszczony nastolatek przechodzący fazę buntu. Czas wziąć się w garść.  Odetchnąłem głęboko i spojrzałem w niebo. Ulewa ustała, wiatr rozwiał chmury, a zza nich przebijały się słabe promienie słońca. Pogodzony sam ze sobą, ze znacznie lżejszą głową, zawróciłem do domu. Tym razem jechałem ostrożnie, uważnie skupiając się na drodze.

***

Zaparkowałem hondę w garażu i skierowałem się do mieszkalnej części budynku. Byłem przemoczony do suchej nitki, zmęczony, rozwalony psychicznie, ale... spokojniejszy. Miałem jakiś wyznaczony cel, coś, czego mogłem się chwycić i przytrzymać, żeby nie przepaść w wirze własnych emocji. Nie mogę się poddać. 
- Chris! Gdzie ty tyle byłeś? Myślałem, że coś ci się stało ty nieodpowiedzialny kretynie! Kto do cholery widział jeździć w taką ulewę?! - wydarł się Eth.
- Mówiłem ci, że idę jeździć... - zacząłem słabo.
- Ale nie widziałem, że tak leje! Dzwoniłem chyba milion razy! Kurwa no!
Spuściłem tylko głowę. Nie miałem siły się z nim kłócić, szczególnie że miał rację. Zawaliłem. Znowu... Ethan odetchnął głęboko po czym spojrzał na mnie z troską.
- Ej, młody. Jeszcze nic nie jest stracone... - zaczął łagodnie.
- Wszystko jest stracone, Eth. Zresztą nie gadajmy już o niej, proszę...
Młody. Ethan nazywał mnie tak kiedy się poznaliśmy. Nie tylko dlatego, że jestem pół roku młodszy od niego, ale także byłem wtedy połowę mniejszy i chudszy. Wyglądałem przy nim jak dziecko, nawet trochę tak się czułem. Zawsze traktowałem go jak starszego brata, chyba mam tak do teraz. Z nas dwojga to on czuje się odpowiedzialny za mnie, a nie na odwrót. To się musi zmienić, muszę nauczyć się sam o siebie zadbać. Bez Emmy obok i bez nieustających kazań Etha. 
- Dobra. Ale w razie czego możesz na mnie liczyć, jasne?
- Jak słońce. Dzięki stary. 
Uśmiechnął się i uścisnął mnie mocno. 
- Ułoży się. Zawsze się układa. - dodał.
- Mam taką nadzieję. Zmieniając temat, odpisali co z tą wymianą?
- Zgadzają się na nasze warunki. Jedziesz jutro do Chicago wszystko załatwić i wybrać sobie dream team.
- Czemu ja? - spytałem zdziwiony.
- Dobrze ci zrobi, jak się na chwilę wyrwiesz z Nowego Jorku i czymś zajmiesz. Poza tym jesteś o wiele bardziej krytyczny, więc wybierzesz lepszy skład. 
- Albo uznam, że wszyscy są do dupy.
Ethan parsknął śmiechem. 
- Wtedy weźmiesz tych najmniej do dupy, ok?
- Niech będzie. O której mam tam jutro być?
- Przed południem. Najpierw możesz sobie zobaczyć przebieg treningów, a pojutrze przeprowadzisz test.
- Nie mogę się doczekać...
- Oj już tak nie narzekaj, przynajmniej się pośmiejesz.
- Chyba wkurzę. - burknąłem. - Ale wiesz co? Chętnie się przejadę do Chicago, muszę tam coś załatwić.
- Co niby? - uniósł brwi.
- Spotkanie ze starym znajomym. - uśmiechnąłem się szeroko. W duchu już się pokładałem ze śmiechu. Nie mogę się doczekać miny Wilsona, kiedy mnie zobaczy o 5.00 rano w drzwiach swojego mieszkania. To niesamowite, że taka błahostka jak wycięcie głupiego numeru Carrickowi jest w stanie poprawić mi humor. Zapewne po tym jak cały czas mu docinałem, będzie naprawdę zachwycony tą niezapowiedzianą wizytą. Na to liczę.
- Jakim znajomym?
- A takim jednym typkiem. Chcę być w Chicago jutro przed piątą, niech szykują odrzutowiec.
Kumpel wzruszył ramionami. 
- Jak chcesz, dam im znać.
- Idealnie. 
_________________________________________
 Hej! 
Na koniec małe wyjaśnienie rozdziału. Na rozpoczęcie wakacji trochę niezbyt pozytywny akcent, ale rozumiecie, musiało w końcu do tego dojść. Pewnie większość z Was jest już zniechęcona tymi ciągłymi napięciami pomiędzy Emmą, a Chrisem, w dodatku ona tak nagle "z dupy" z nim zrywa, nie? Raz mówi, że go kocha, a za chwilę go rzuca. Bez sensu, co? Ano nie do końca. Jeżeli przyjrzymy się historii Emmy od początku, zauważymy następujące fakty: porzucenie przez ojca, problemy z narkotykami, trudne wejście w dorosłość związane ze śmiercią matki, mnóstwo porażek miłosnych i ich nieprzyjemne konsekwencje (choćby opisany w pierwszych rozdziałach koniec związku z Garrym). Niezbyt kolorowe życie, prawda? I nagle pojawia się Chris, który tak wszystko komplikuje, że tylko idzie się załamać. Emma próbuje wyjść na prostą i się od niego odciąć, jednak okazuje się, że nie pozwalają jej na to własne uczucia. Podejmuje krzywdzącą dla siebie i Chrisa decyzję o zerwaniu, bo ma nadzieję, że uda jej się naprawić sypiące się życie i odbudować je na nowo. Co z tego wyjdzie? Zobaczycie w kolejnych rozdziałach. :) Wiem, że ta historia może wydawać się niedorzeczna i wyssana z palca (bo w zasadzie taka jest, w końcu ja ją wymyśliłam :D), ale jeżeli odejmiemy całą gangsterską otoczkę i dostrzeżemy zagubioną dziewczynę, zupełnie nieprzygotowaną do dorosłego, samodzielnego życia, i chłopaka z trudną przeszłością zaplątanego w poważne problemy z prawem, okaże się, że wcale nie jest to takie nierealne. :) 
Tak, dobrnęliście do końca, gratulacje! :D Mam nadzieję, że tą końcówką za bardzo Was nie zanudziłam i będzie mi bardzo miło, jeżeli w komentarzach podzielicie się swoją interpretacją tej historii, bo na pewno każdy z Was odbiera ją inaczej. ;) 
Z mojej strony to tyle, trzymajcie się ciepło i miłych wakacji!
Little M.

czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział 15 - Nie zostawiaj mnie...

*Emma*

Sekundę później usłyszałam głośny trzask drzwi i do sypialni wpadł Chris. W pośpiechu wciągnął na siebie kurtkę i upychał broń wszędzie, gdzie się dało. Był wyraźnie rozdrażniony: zaciskał szczękę i miotał się po pokoju trochę bez celu. Wsunął nóż do pokrowca przy ciężkim bucie i zwrócił się do mnie.
- Muszę iść, zostań tu. - rzucił zdyszany. 
Przygotowywałam się na te słowa odkąd wróciliśmy do Nowego Jorku, jednak i tak wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Na jedno długie uderzenie serca czas stanął w miejscu.
Panika chwyciła mnie za gardło. Nie... Nie mogę go stracić... Nie po raz kolejny.
- Chris... - wyszeptałam odrętwiała. Serce łomotało mi w piersi tak mocno, jakby obijało się o żebra. Kiedy Chris znalazł się koło mnie, przywarłam do niego całym ciałem, mocno obejmując go ramionami. - Zostań, proszę...
- Emma... - zaczął podirytowany.
- Nie, proszę, nie idź! Nie możesz! - wybuchnęłam płaczem. 
Dlaczego nie rozumiał, że jest dla mnie wszystkim? Czemu musiał się ciągle tak cholernie narażać?!
- Skarbie, wiesz, że to moja praca...
Złapał delikatnie moje nadgarstki i spróbował mnie od siebie odciągnąć.
- Chris, nie... Nie... - szlochałam spanikowana. 
Cała się trzęsłam. Zacisnęłam mocniej ręce na jego koszulce. 
- Emma, proszę...
Tym razem położył mi dłonie na ramionach i stanowczo odsunął.
- Ostatnio prawie cię straciłam... 
Mój płacz przerodził się w histerię. Straciłam nad nim kontrolę. Ponownie mocno objęłam Chrisa, wtulając twarz w jego szyję. Skapitulował i przytulił mnie krótko.
- Wybacz mi. - szepnął, całując mnie w czoło. W jego oczach dostrzegłam rozdarcie, zastąpione bólem. 
Spojrzałam na niego zdezorientowana.
Puścił mnie powoli, jakby się do tego zmuszał, po czym w ułamku sekundy znalazł się przy drzwiach i zatrzasnął je za sobą. Od razu do nich doskoczyłam. Szarpnęłam za klamkę, ale ani drgnęła. Zaczęłam tłuc pięściami w gładkie drewno, cały czas wołając Chrisa. Odpowiedziały mi tylko głuche odgłosy kroków na korytarzu. Alarm umilkł. Zapadła głucha cisza. Skołowana osunęłam się na ziemię i schowałam głowę w ramionach. Zacisnęłam pięści, ignorując piekący ból. Zorientowałam się, że zdarłam kostki do krwi, ale nie obchodziło mnie to. Nic się nie liczyło, nic nie miało znaczenia. Nikt i nic, poza nim... Zostawił mnie. Pojechał tam. Może nie wrócić... Świadomość, że być może widziałam Chrisa po raz ostatni zadawała autentyczny, tępy ból w klatce piersiowej. 

Zrobiło mi się gorąco i cholernie niedobrze. Ledwie doczołgałam się do łazienki, gdzie zwymiotowałam wszystko, co dziś zjadłam. Walczyłam z płaczem, ale nie miałam szans w tym starciu. Zupełnie przejął nade mną kontrolę. Brakowało mi oddechu.
Drzwi się otworzyły i ktoś wszedł do środka. 
- Emm... - Rozpoznałam głos Aidena. 
Usiadł obok i chciał objąć mnie ramieniem.
- Nie dotykaj mnie! - wydarłam się.
- Emma, chcę ci tylko pomóc... - wyszeptał. W jego zielonych oczach zalśnił zawód.
- Nie! Odsuń się! Tylko Chris... 
Odepchnęłam go mocno. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Nie teraz, gdy tak rozpaczliwie potrzebowałam Chrisa. Jego czułych objęć i spokojnego głosu, kiedy mówił, że wszystko będzie dobrze. Aiden w końcu się poddał i wyszedł. 
Skuliłam się w kącie łazienki, dociskając czoło do chłodnych kremowych kafelek na ścianie. Zimna powierzchnia podziałała otrzeźwiająco i powoli mnie uspokajała. Jeden... dwa... trzy... cztery... Liczyłam w myślach oddechy tak długo, aż potrafiłam normalnie zaczerpnąć powietrza.
Po chwili przyjaciel wrócił.
- Chcesz wody? - spytał cicho.
Kiwnęłam głową, z wdzięcznością przyjmując od niego szklankę.
- Dzięki... - wymamrotałam. Głos miałam schrypnięty od płaczu.
- Przynieść ci jeszcze?
Znów skinęłam głową. Podniosłam się z trudem i stojąc na drżących nogach oparłam się o umywalkę. Wyglądałam tragicznie. Czerwone, spuchnięte oczy, plamy na całej twarzy. Przemyłam ją zimną wodą, mając nadzieję, że to zmniejszy zaczerwienienia. Usłyszałam pukanie do drzwi łazienki.
- Emma? Wszystko dobrze? - spytał nerwowo Aiden.
- Tak, zaraz wychodzę. - odpowiedziałam już trochę głośniej.
Chłopak siedział na łóżku ze szklanką w dłoni. Podał mi ją bez słowa. Ułożyłam się obok niego, krzyżując nogi. 
- Aiden? - zaczęłam.
- Tak?
- Co ty tu... - zamyśliłam się nad doborem odpowiednich słów. - Co robiłeś w bazie? W sensie, mówiłeś, że chcą cię już wziąć na akcję. - wydukałam. Ciągle byłam roztrzęsiona i nawet sklecenie prostego zdania sprawiało mi problem. 
- Byłem już prawie na miejscu ataku, ale zatrzymał mnie jakiś koleś i powiedział, że Blake kazał mi natychmiast wracać. Nie wyglądał jakby sobie robił jaja więc zawróciłem. Christian był cały podenerwowany. Dał mi klucze do waszego pokoju i kazał się tobą zająć. Dopiero po chwili kapnąłem się, że pewnie cię  zamknął. No i od razu tu przyszedłem. - dokończył.
- Przepraszam... 
- Za co? - spytał zdziwiony.
- Za moje zachowanie... Że cię odepchnęłam... - plątałam się zawstydzona. To przecież mój przyjaciel, na miłość Boską, a ja się zachowywałam, jakby chciał mi zrobić krzywdę.
- W porządku... - Zmarszczył lekko brwi. - Mogę spytać dlaczego byłaś w takim stanie i dlaczego Blake cię zamknął?
- Przez to co stało się w Air Force... Po prostu strasznie się o niego boję, Aiden... Nie chciałam go puścić i dlatego...
Prychnął ze złością. - Odkąd praca jest ważniejsza od dziewczyny?
- Wiesz, że to nie tak... To jego obowiązek...
- No i? Ja bym został. - powiedział uparcie. 
- Jak już znajdziesz dziewczynę to będzie ogromną szczęściarą. - uśmiechnęłam się smutno.
- Raczej nie znajdę. - Wzruszył ramionami.
- Czemu?
- Jedynej, której pragnąłem już od dawna z nami nie ma.
Zatkało mnie. - O mój Boże... 
Gdyby Chris zginął... Nie, ta myśl była zbyt bolesna żeby w ogóle ją do siebie dopuścić.  
- Choroba. - wyjaśnił krótko. 
- Przykro mi... - szepnęłam szczerze.
- Zostawmy to. Już późno, powinnaś się przespać. Zostać z tobą?
- Nie, ty też musisz odpocząć...
- Jakbyś nie mogła zasnąć to przyjdź do mnie ok?
- Ok, dzięki Aiden. Za wszystko.
- Nie masz za co. Dobranoc. 
- Dobranoc...
Przytulił mnie lekko i wyszedł z pokoju. 
Westchnęłam ciężko i położyłam się na łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit. Nawet nie wiem kiedy, zapadłam w niespokojny sen.
"- Chris! Christian! 
Wokół panował chaos. Wszędzie była krew. 
- Chris!
W końcu go dostrzegłam. Jakiś facet celował do niego z broni.
- Uważaj! Christian uważaj! Uciekaj! - Próbowałam krzyczeć, ale głos uwiązł mi w gardle. Gdy chciałam do niego pobiec, nogi jakby wrosły mi w ziemię.
Facet wystrzelił. 
 - Nie!!! Nie! Nie!"
- Nie!
Obudziłam się z krzykiem, zlana zimnym potem. Łzy płynęły mi po policzkach. Sen. To był tylko sen... Odruchowo wyciągnęłam rękę, żeby przytulić się do Chrisa, ale moja dłoń opadła samotnie na pościel. Spanikowana poderwałam głowę z poduszki i wtedy do mnie dotarło: akcja. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła druga w nocy, a Chris wyszedł wieczorem. Minęło już tyle godzin...
Usiadłam na łóżku i przetarłam twarz dłońmi. 
Nie wiem, ile czasu upłynęło, zanim usłyszałam cichy trzask otwieranych drzwi. Serce załomotało mi w piersi. 
- Chris... - wyszeptałam z niedowierzaniem.
Podbiegłam do niego, ledwie hamując się przed rzuceniem się mu na szyję. Opierał się o futrynę, zupełnie wykończony. Miał rozcięty łuk brwiowy i wargę, ale płytko, bo krew zdążyła już zaschnąć. 
Niepewnie wyciągnęłam rękę i przesunęłam palcami po jego policzku. Wtulił twarz w moją dłoń.
- Nie przywitasz się? - spytał cicho, całując jej wnętrze.
- Och, Chris... - szepnęłam ze ściśniętym gardłem.
Przytuliłam go mocno, płacząc z ulgi, że jest cały. Objął mnie ramionami i uspokajająco głaskał po plecach.
- Tak cholernie się o ciebie martwiłam... 
- Już dobrze, mała. - wymruczał z ustami przy moim uchu. - Jestem przy tobie...
Zmusiłam się do odsunięcia od niego.
- Musisz odpocząć. Wyglądasz okropnie...
- Cóż, dzięki. 
Usiadł na łóżku, krzywiąc się z bólu. Widziałam, że próbuje to ukryć pod sztucznym uśmiechem, co jeszcze bardziej mnie zmartwiło. Wszystkie urazy uznawał za błahostki i zbywał machnięciem ręki, więc to musiało być coś poważnego... W takim razie czemu nie jest jeszcze u lekarza? Może mi się wydawało i jest po prostu zmęczony...?
- Wezmę to.
Zdjęłam mu kurtkę i zawiesiłam na krześle. Zacisnęłam zęby na widok długiego rozdarcia biegnącego przez przód okrycia. Chyba dostrzegł moją minę, bo od razu zareagował. 
- To tylko kurtka, nic mi nie jest...
Niepewnie kiwnęłam głową i przyniosłam z łazienki apteczkę.
- Emm, nie musisz, to się zagoi... - zaczął.
- Proszę, daj mi się tym zająć...
- W porządku. - ustąpił.
Klęknęłam obok niego na łóżku. Odsunęłam dłuższe kosmyki włosów z boku jego głowy i delikatnie zaczęłam przemywać ranę.
Oddychał płytko, przyglądając mi się uważnie. 
- Martwiłem się o ciebie... - wydusił.
Przerwałam przygładzanie brzegów przed chwilą założonego opatrunku.
- Ty o mnie ? Czemu...?
- Kiedy wyszedłem z tego pokoju, poczułem się jakbym zostawił część siebie za drzwiami. - wyznał, cały czas wpatrując się we mnie ogromnymi niebieskimi oczami.
- Chris...
To była chyba najpiękniejsza a zarazem najsmutniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałam.
- Pękało mi serce... Nigdy nie zapomnę widoku twojej zapłakanej buzi, kiedy musiałem cię od siebie odsunąć. - szepnął.
Ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Wsunęłam się mu na kolana, wtulając twarz w jego szyję. Objął mnie mocno.
- Kocham cię, Emm... Nigdy nie kochałem nikogo bardziej, niż ciebie...
Słyszałam szczerość i smutek w jego głosie i znowu zachciało mi się płakać. Zamrugałam szybko, żeby odgonić łzy. - Też cię kocham, skarbie...
Przekręciłam się tak, że siedziałam na nim okrakiem. Zabrałam się do przemywania rany w kąciku ust. 
- Boli?
Pokręcił wolno głową.
- Gotowe. - mruknęłam, odkładając resztki gazików na pościel.
- Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak delikatnie się ze mną obchodził. - uśmiechnął się lekko.
- Powinnam być brutalna? - spytałam żartobliwie.
- Nie potrafiłabyś.
Prychnęłam, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nagle spoważniał i wziął mnie za ręce. 
- Emma co to jest? - spytał schrypniętym głosem, skupiając wzrok na odartych do krwi kostkach.
Zagryzłam mocno wargę. Na śmierć zapomniałam, żeby coś z tym zrobić.
- Emma? - ponaglił.
Wzięłam głęboki oddech. - Po tym jak wyszedłeś, waliłam pięściami w drzwi, tak długo, aż... no... 
- Nie możesz robić sobie krzywdy z mojego powodu! - zawołał, nagle zdenerwowany. - Nie możesz... Nie jestem... - zaciął się.
- Nie jesteś co? - syknęłam.
Domyślałam się odpowiedzi. Jeśli to powie, przysięgam, że chyba go zabiję.
- Nie jestem tego warty. - dokończył zniżonym głosem, potwierdzając moje przypuszczenia.
Wkurzona zerwałam się na nogi. 
- Tak właśnie o mnie myślisz?! Że mi na tobie nie zależy?! Może jeszcze powiesz, że jestem z tobą dla wypasionego auta i ładnej buźki, co?! - wydarłam się. 
Zranił mnie do żywego. Jak mógł tak sądzić...? 
Podniósł na mnie chmurne spojrzenie. Przez jego oczy przewijało się milion emocji w takim tempie, że trudno mi było uchwycić choćby jedną.
- Nie o to mi chodziło. - zaczął zdławionym głosem. - Kocham cię, nie chcę żebyś cierpiała fizycznie, psychicznie - nieważne. Nie z mojego powodu. 
- Christianie Andrew Blake do cholery jasnej! Myślisz, że znoszę to całe twoje przestępcze gówno, bo mi się ono podoba?! Że lubię patrzeć jak wracasz cały poharatany?! To cię oświecę! Nie! Tkwię tu, bo cię kurwa kocham! Kiedy  dotrze do twojej tępej łepetyny, że cię kocham?! - szlochałam. - Kiedy...? - spytałam zduszonym szeptem. Wierzchem dłoni starłam łzy, wściekła na siebie, na niego i na cały świat. Miałam ochotę schować się w jakimś kącie i po prostu płakać.  
- Emm... - spojrzał na mnie błagalnie. - Proszę cię przestań... Nienawidzę, gdy płaczesz...
- To przestań wygadywać bzdury i mnie do tego doprowadzać. - warknęłam. 
Zacisnął zęby. - Przepraszam... Jestem jebanym frajerem. Po prostu nadal trudno mi uwierzyć... - zaciął się. - Nikt mnie nie przyzwyczaił do takich słów jak "kocham cię"... Są dla mnie obce, cały czas uczę się ich znaczenia... 
Siedząc tak ze spuszczoną głową, wyglądał jak mały, zagubiony chłopiec. 
Odetchnęłam głęboko. Musiałam się uspokoić. W końcu przysiadłam koło niego i delikatnie odciągnęłam jego dłonie od twarzy. Ścisnęłam je lekko. Spojrzał na mnie zdruzgotanym wzrokiem, jakby myślał, że wszystko między nami zepsuł. 
- Przepraszam. Nie powinnam była się na ciebie wydzierać... Żadne z nas nie jest idealne, co? - uśmiechnęłam się lekko.
Odwzajemnił uśmiech, ale nie sięgał on oczu: rozszerzone źrenice, ciemno niebieskie tęczówki, milion uczuć naraz.
- Wybacz mi... 
Przerwałam mu pocałunkiem. Wsunęłam palce w jego włosy, gdy pociągnął mnie z powrotem na swoje kolana. Poczułam jak puls gwałtownie mi przyspiesza. Już zawsze będę tak reagować na jego dotyk? Kiedy zaczynało nam brakować powietrza, oparł czoło o moje. Tkwiliśmy w tej pozycji, napawając się swoją bliskością. Nie potrzebowaliśmy słów. Przesunęłam dłońmi przez jego klatkę piersiową i oparłam je po jej bokach. Gwałtownie wciągnął powietrze i cały się spiął. Zacisnął mocno szczękę.
- Chris...? Co jest? - spytałam wystraszona. 
- Wszystko ok... 
Było jasne, że kłamał.
- Zdejmij koszulkę... - poprosiłam łagodnie, schodząc z jego kolan.
Przełknął ślinę i ściągnął czarny T-shirt przez głowę. Niepewnie przesunęłam wzrokiem po jego ciele. Na boku, w okolicy żeber miał paskudne ciemne sińce. Nie wyglądało to dobrze...
- Byłeś u Johnsona? 
- Nie... Ale nie martw się, są całe. Tylko potłuczone. Zaliczyłem kilka kopniaków...
Przeszedł mnie dreszcz, gdy to sobie wyobraziłam. 
- Skąd wiesz, że nie są połamane? - spytałam drżącym głosem.
- Sprawdziłem... Trzeba nacisnąć w kilku miejscach. Boli jak cholera, ale to przydatna umiejętność.
Skrzywiłam się. Jego odporność na ból jest niesamowita. Pamiętam, że gdy raz miałam obite żebro, po upadku z konia, to płakałam w nocy z bezsilności, bo nie mogłam się w żaden sposób ułożyć. A u mnie nie było nawet widać siniaków...
- Wezmę prysznic i oboje pójdziemy spać, hm?
Odgarnął mi włosy za ucho. Przytrzymałam jego dłoń przy swojej twarzy i wtuliłam w nią policzek.
- Wszystko dobrze? 
- Nie... Nie chcę takiego życia... Nie chcę się ciągle o ciebie martwić... Nie chcę żebyś się narażał...
- Wiem... Wiem, Emm i musimy o tym porozmawiać, ale to nie jest dobra pora, ok? 
Pokiwałam głową, siadając na łóżku. Chris wstał z trudem i powlókł się do łazienki. Wyglądał na naprawdę zmordowanego. Miałam ochotę udusić tego, kto go tak załatwił. Może gdybym więcej trenowała, to pozwoliłby mi jeździć na akcje? Nawet w mojej głowie zabrzmiało to absurdalnie. Chris i jego obsesja na punkcie mojego bezpieczeństwa plus wysłanie mnie na akcję? Nie, to nigdy nie będzie miało prawa się łączyć. Z drugiej strony, mogę się wymykać, pilnować jego pleców. Ale tylko wtedy, gdy zdobędę wystarczające umiejętności. Mam mu pomagać, a nie zawadzać... 
Wyszedł z łazienki kilkanaście minut później. Potłuczone żebra ukrył pod czarną, luźną bokserką, ale ciągle miał trudności z poruszaniem się. Widziałam, że każdy krok sprawia mu ból.
- Jesteś pewien, że nie chcesz iść do lekarza? - spytałam z nadzieją, że zmieni zdanie.
- Wszystko dobrze Emm. Naprawdę musisz przestać się zamartwiać. 
Westchnęłam cicho. Położył się na plecach i spojrzał w moją stronę.
- Mam spać sam? - Uniósł brwi, przyglądając mi się z rozbawieniem.
Odwzajemniłam uśmiech. Może faktycznie nic mu nie jest? Oby...
Zgasiłam lampkę przy łóżku, po czym wsunęłam się pod kołdrę obok niego. Oparłam głowę na jego piersi i objęłam go ramieniem w pasie. Od razu splótł swoje palce z moimi. Uśmiechnęłam się pod nosem. Tak, teraz wszystko jest tak, jak być powinno.
- Dobranoc. - wymruczał, całując mnie delikatnie w głowę.
- Dobranoc. - szepnęłam, odpływając w spokojny, pozbawiony koszmarów sen.

***

Rano obudziłam się w świetnym nastroju. Budzik pokazywał zaledwie ósmą rano, ale nie przeszkodziło mi to we wstaniu i ogarnięciu się. Nigdy nie lubiłam długo leżeć w łóżku. Wokół było ciemno jak diabli, więc uważając, żeby nie potknąć się o własne nogi, pokuśtykałam do lampki wiszącej w drugiej części pomieszczenia i zapaliłam ją. Pokój zalało łagodne, stłumione matowym kloszem światło. W mieszkaniu na minusach najgorsze było właśnie to, że brakowało okien i nie dochodziły tu promienie słońca. Odgoniłam od siebie myśli o niedogodnościach. Miałam zbyt dobry humor, żeby zamartwiać się teraz bzdurami. Sama nie wiem, czym był spowodowany. Może tym, że coś, czego obawiałam się od czasu powrotu z Air Force, czyli akcja, w końcu się stało, a Chris wrócił do mnie cały i zdrowy? No... Prawie zdrowy. Ale ważne, że żywy, w niezłym stanie. Czułam się, jakby ktoś zdjął mi z piersi ogromny ciężar i w końcu mogłam odetchnąć. Oczywiście do czasu, ale zanim wrogowie zbiorą się po porażce trochę minie, prawda? Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Ostrożnie, żeby nie obudzić Chrisa, przemknęłam do łazienki. Zanim weszłam, zatrzymałam się w progu i przetaksowałam mojego chłopaka wzrokiem. Leżał na boku, z kołdrą zamotaną wokół bioder. 

Koszulka podjechała mu do góry, ukazując pasek umięśnionego brzucha. Włosy miał potargane, usta rozchylone, a niewiarygodnie długie rzęsy rzucały cienie na wysokie kości policzkowe. Zagryzłam wargę. Cholera. Był naprawdę przystojny. Dużo, dużo więcej, niż przystojny i nagle zapragnęłam zastosować się do rady najlepszej przyjaciółki, która sugerowała, że powinnam jak najszybciej się z nim przespać. Potrząsnęłam głową, tłumiąc chichot. Sam zawsze była bezpośrednia, a ja właśnie zachowywałam się wcale nie lepiej. Z trudem odwróciłam spojrzenie od Chrisa i zamknęłam się w łazience. Po szybkiej ocenie lustrzanego odbicia, stwierdziłam, że nie wyglądam już jak siedem nieszczęść, ale ciemne cienie pod oczami nie dawały zapomnieć o stresującej nocy.
Wskoczyłam pod prysznic, umyłam włosy, wysuszyłam je, zaplotłam w luźny warkocz, nałożyłam lekki makijaż i wróciłam do pokoju po ubrania. Zdecydowałam się na jasne, jeansowe spodenki i biały, obcisły T-shirt. Na stopy wsunęłam różowe japonki.
Kiedy ostatecznie opuściłam łazienkę, Chris nadal spał. Było już po dziewiątej, ale zważając na to, jak wczoraj był zmordowany, założyłam, że pośpi przynajmniej do południa. A skoro tak... To czemu by nie pojechać po kawę do Starbucksa? Ślinka mi ciekła na myśl o pysznym macchiato z karmelem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Przerzuciłam torebkę przez ramię i cicho wyszłam z pokoju.
- Hej! - Usłyszałam za sobą znajomy głos.
- Ethan, hej. - Na powitanie uścisnęłam go mocno, zaskakując tym nas oboje. Cóż, raczej nie mieliśmy jakiś rewelacyjnych kontaktów. Ja byłam dla niego po prostu dziewczyną najlepszego przyjaciela, a on dla mnie tylko kumplem chłopaka. Nic więcej.
- Gdzie się wybierasz? - spytał wesoło.
- Zachciało mi się kawy ze Starbucksa na śniadanie. - oznajmiłam z uśmiechem.
Roześmiał się. - Niezły pomysł, masz coś przeciwko, że zabiorę się z tobą?
- Czemu nie? Zaraz wrócę, zapomniałam czegoś. 
- Poczekam tu.
Ze złośliwym uśmieszkiem wróciłam do sypialni. Jak zawsze, na stoliku leżały kluczyki Chrisa. Do R8. R8, którego nigdy nie pozwolił nikomu prowadzić. Miałam dosłownie dziecięcą radochę, z możliwości złamania tego zakazu.
- Masz już wszystko? - Ethan spojrzał na mnie pytająco.
- Aha. - Uśmiechnęłam się szeroko, unosząc trzymane kluczyki. Srebrny breloczek z logo Audi kołysał się leniwie na boki. 
Szok w oczach chłopaka szybko zmienił się w niedowierzanie, aż w końcu przeszedł w rozbawienie.
- Żartujesz, nie? - wykrztusił w końcu.
- Nie. Mam ochotę pojechać pieprzonym Audi R8 Chrisa, więc pojadę pieprzonym Audi R8 Chrisa.
- Cholera, masz jaja dziewczyno. On cię udusi, jak się o tym dowie.
- Przecież nie musi o niczym wiedzieć, prawda? - Przechyliłam filuternie głowę i uśmiechnęłam się niewinnie.
Ethan tylko się zaśmiał i wsiadł za mną do auta. Odpaliłam silnik, który od razu zawarczał ochoczo. O tak, już dawno chciałam to zrobić.
- Jesteś pewna, że umiesz tym jeździć?
- Prowadziłam samochody wiele lat przed tym, zanim w ogóle miałam prawo to robić. - oznajmiłam spokojnie.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale nie dopytywał o nic więcej. I dobrze. Lekcje z Robertem to nie było coś, o czym chętnie opowiadałam.
Po kilkunastu minutach dotarliśmy do centrum Nowego, gdzie powitały nas ogromne korki, tłum na chodnikach i palące, sierpniowe promienie słońca. Otworzyłam okna, podśpiewując znany kawałek Bon Joviego. 
- Słuchasz rocka? - zagadnął mój towarzysz. Miał minę, jakbym co najmniej wyrecytowała wiersz płynną chińszczyzną.
- To coś dziwnego? - Uniosłam brwi.
- Nie, zapomnij, że pytałem. - Zakłopotany podrapał się po karku.
Wzruszyłam ramionami. Faceci są naprawdę nie z tej planety.
Po półgodzinnym przeciskaniu się w korkach, udało mi się wreszcie zaparkować naprzeciwko lokalu Starbucksa.
- Wow, serio nie ściemniałaś! - zawołał Ethan z podziwem w lśniących, brązowych oczach.
- Nie ściemniałam z czym ?
- Z tym prowadzeniem samochodów. Pierwszy raz widzę, żeby dziewczyna zaparkowała w tak ciasnym miejscu w jakieś sześć sekund. - zaśmiał się. - Sarah zajęłoby to tylko dziesięć minut, a potem by się zniechęciła i pojechała dalej.
Zachichotałam. - Oj tak, Sarah i parkowanie to ciężki duet.
Weszliśmy do kawiarni przy akompaniamencie dzwoneczków na drzwiach i ustawiliśmy się w kilkuosobowej kolejce. Ethan oparł się o blat koło mnie.
- Co ci zamówić? - Właśnie zdałam sobie sprawę jak niewiele o nim wiem. Nie orientuję się nawet jaką kawę pije i czy w ogóle ją lubi.
- Latte. - Uśmiechnął się lekko. 
- Co podać? - spytała znudzona dziewczyna za ladą. Na widok Ethana wyraźnie się ożywiła i posłała mu uwodzicielski uśmiech, a mi rzuciła nienawistne spojrzenie. Mój Boże, właśnie wzięła nas za parę...? 
- Dwa razy duże karmelowe macchiato i jedną dużą latte. Na wynos.
Wyliczyła kwotę, ale zanim zdążyłam otworzyć portfel, Ethan położył na blacie dwadzieścia dolców, objął mnie ramieniem i poprowadził do wolnego stolika, mrucząc, że reszty nie trzeba. Dziewczyna po raz kolejny spojrzała na mnie wściekle. 
- Wybacz. Chciałem, żeby się odczepiła. - przeprosił lekko zakłopotany.
- W porządku. Nie musiałeś płacić...
- Ale chciałem. - przerwał mi. Jego twarz znowu rozjaśnił szeroki uśmiech. Pasował mu zdecydowanie bardziej niż skwaszony grymas. Nie wytrzymuję i mówię mu o tym.
Parsknął śmiechem. - Cóż, dzięki. Wiem, że źle cię traktowałem, przepraszam. - powiedział poważniejąc. - Myślałem, że jesteś kolejną głupią laską, która leci na fajną brykę mojego kumpla, ale widzę, że bardzo się pomyliłem. Zaczniemy od nowa? - Wyciągnął do mnie rękę i uśmiechnął się z nadzieją.
- Jasne. - podałam mu swoją i odwzajemniłam uśmiech. - Tak nagle przyszło ci to do głowy?
- Szczerze? Zbierałem się do tej rozmowy, odkąd wróciliście z Air Force. A w nocy usłyszałem fragment waszej kłótni. - przyznał skruszony. - Stwierdziłem, że muszę w końcu naprawić te nasze relacje, zanim do reszty mnie znienawidzisz.
- Nie dramatyzuj tak znowu, nigdy cię nie nienawidziłam. - Przewróciłam oczami.
- Wasze zamówienie! - zawołała dziewczyna zza lady.
- Chodźmy. 
Zabraliśmy kawę i wróciliśmy do samochodu. Podałam Ethanowi papierowe kubki, a sama usiadłam za kierownicą.
- Tylko nie rozlej, bo wtedy Chris na serio mnie zabije.
- Spoko, wezmę winę na siebie. 
Zaśmiałam się. Przestałam go już postrzegać jako wiecznie wkurzonego buca. Okazał się naprawdę fajnym facetem. Ciekawe, co Chris powie na to, że w końcu złapaliśmy ze sobą kontakt, a wszystko przez to, że oboje w wyjątkowo dobrym humorze wpadliśmy na głupi pomysł i pojechaliśmy jego samochodem po kawę do cholernego Starbucksa.

***

Pożegnałam się z Ethem i cicho weszłam do pokoju. Chris nadal spał w tej samej pozycji, w której rano go zostawiłam. Odłożyłam kubki z kawą na szafkę, a kluczyki dyskretnie położyłam na stole, dokładnie tam skąd je wzięłam. 
- Ładnie to tak zabierać moje maleństwo bez pytania? - spytał spokojnie Chris, podpierając głowę na ręce. Uśmiechał się pobłażliwie i chyba nie miał mi tego za złe. Chyba...
- Tak jakoś wyszło. - Wzruszyłam beztrosko ramionami. - Byłam w Starbucksie. Z Ethanem.
- Możesz mi proszę powiedzieć jaki mamy dzisiaj dzień...? Bo mam wrażenie jakbym przespał minimum dekadę. Przecież wy się ledwo tolerujecie! Moje auto wróciło całe...? 
- Wyluzuj, oczywiście, że jest całe. Ma tylko kilka wgnieceń. - uśmiechnęłam się.
- Co ma?! - Chris poderwał się gwałtownie i syknął z bólu.
- Leż spokojnie, przecież żartowałam... To tylko auto, skarbie.
- Nie, to moja dziecinka, a nie "tylko auto". A ty mnie stresujesz! - burknął z nachmurzoną miną.
- Na mnie się gniewasz? - spytałam, patrząc na niego oczami zbitego pieska.
- Nie, nie, nie, tylko nie ta mina... - jęknął.
Pochyliłam się i pocałowałam go lekko. Odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy. Było coś kojącego w jego dotyku, coś co uwielbiałam i od czego zdążyłam się już uzależnić. 
- Musisz odpocząć, miałeś ciężką noc. Prześpij się jeszcze. 
- Mhm... A jak wstanę to rozliczymy się za ten samochód. - wymruczał sennie.
- Jasne.
_____________________________
Hej!
Wiem, wiem... Znowu chwilę mnie tu nie było :/ Ale teraz, gdy wreszcie jest taka piękna pogoda nie marnuję czasu i ciągle nie ma mnie w domu :D Co z tego, że rozdział czeka gotowy na dodanie..jeżeli nie ma go komu dodać? :P W każdym razie mam nadzieję, że dobrnęliście do końca i Wam się spodobał. :) 
Do następnego!
Little M.
Ps. Zapraszam również na Wattpada, na profil MaryAnne001130, buźka ;*

środa, 14 czerwca 2017

Wattpad

Hej Wam!

Wiem, że wiele osób zdecydowanie woli czytać opowiadania na Wattpadzie z powodu łatwiejszego dostępu.
Postanowiłam więc, że również założę konto i zacznę publikować tam "Two hearts, two characters. One love, one story."
Zapraszam!

Autor: MaryAnne001130
Tytuł: "Two hearts, two characters. One love, one story."

Ps. Rozdziały na Wattpadzie uzupełnię jak najszybciej, na razie jest dziewięć i prolog.
 Ps2: Nie rezygnuję z bloggera w żadnym wypadku, to tutaj w pierwszej kolejności będą się pojawiać rozdział. ;)

Pozdrawiam i życzę Wam miłego długiego weekendu!
Little M.



piątek, 26 maja 2017

Rozdział 14 - Cisza przed burzą

8 sierpnia 2016, Nowy Jork

*Emma*

- Jeszcze sporo musisz się nauczyć. 
Chris uśmiechnął się i podał mi rękę. Przed chwilą znokautował mnie po raz setny tego dnia i zaczynałam mieć go naprawdę dosyć. Wstałam bez jego pomocy i założyłam ramiona.
- Jeśli ani razu nie dasz mi wygrać, to jak mam nauczyć się atakować? - jęknęłam zrezygnowana.
- Póki ze mną nie wygrasz, nie będziesz się uczyć atakować. - oznajmił z uśmiechem.
Poczułam ogromną ochotę, żeby zetrzeć mu go z twarzy. Uwielbiam romantycznego Chrisa, droczącego się Chrisa, dziecinnego Chrisa, a nawet nauczyłam się znosić Chrisa kontrolera i Chrisa złośnika. Ale z Chrisem trenerem nie wytrzymam ani minuty dłużej.
- Patrzysz, jakbyś chciała mnie zabić. - stwierdził.
- Cóż, szczerze mówiąc, chcę.
- Ale żeby mnie zabić, najpierw musisz mnie złapać i znokautować. - wyszczerzył się.
- Nienawidzę cię. 
- Ranisz mnie, mała.
Przechylił się do tyłu, teatralnie łapiąc się za serce. Wykorzystałam okazję i skoczyłam na niego. Momentalnie stracił równowagę i przewróciliśmy się z impetem na treningowy materac.
- Przegrałaś. - szepnął mi do ucha. Poczułam przyjemne dreszcze na całym ciele. 
Leżał na mnie, skutecznie blokując mi kolana i nadgarstki. Sprytnie manewrował ciężarem ciała - nie przygniatał mnie, ale jeśli tylko spróbowałam się wydostać, natychmiast mi to uniemożliwiał. Cholerny pan zawsze-cię-pokonam. I seksowny... 
Nachylił się nade mną tak, że jego usta prawie stykały się z moimi. Wbił we mnie intensywne, niebieskie spojrzenie, niczym drapieżnik obserwujący swoją ofiarę. Serce waliło mi coraz szybciej. Był tak blisko, a jednocześnie tak daleko...
- I co teraz zrobisz? - wyszeptałam.
- A co chcesz, żebym zrobił? - spytał niskim, schrypniętym głosem.
Wyrzuciłam z głowy brudne myśli i uśmiechnęłam się złośliwe.
- Chcę, żebyś mnie puścił. Już. 
Rzucił mi zaskoczone spojrzenie w stylu "Tak chcesz grać?". Wyraźnie stracił rezon.
- Myślałem, że macie trenować, a nie obściskiwać się na środku sali. - zakpił Ethan, stojący w drzwiach pomieszczenia. Poderwałam głowę, próbując uwolnić się spod ciężaru Chrisa, ale on nawet się nie ruszył.
- Teraz trenujemy obściskiwanie się. - uśmiechnął się łobuzersko.
- Chciałbyś! - prychnęłam coraz bardziej zażenowana tą sytuacją. Czułam jak płoną mi policzki. - I w ogóle złaź ze mnie, ważysz chyba tonę!
- Sugerujesz, że jestem gruby? - spytał ironicznie, jeszcze mocniej wciskając mnie w materac.
- Sugeruję, że zaraz się uduszę. - wycedziłam.
- Zaraz wracam. - podniósł się zwinnie i podszedł do Ethana.
Rozmawiali półgłosem. Stwierdziłam, że to idealny moment, żeby zakończyć moje męczarnie.
- A ty gdzie? - zawołał za mną Chris.
- Na dziś mi wystarczy. - odkrzyknęłam, znikając na korytarzu. Coraz częściej udawało mi się nie zgubić w tym labiryncie. Szybko znalazłam windę i wcisnęłam odpowiedni guzik. 
Ogarnięcie się zajęło mi mniej, niż pół godziny. Rozwaliłam się na łóżku, ciesząc się tym błogim uczuciem nic nie robienia. Przerwało mi pukanie do drzwi. Nic co dobre nie trwa wiecznie...
- Proszę! - zawołałam.
- Hej! - przywitał się Aiden. - Jest szefu?
- Jak widzisz. Nie ma. - sprostowałam, widząc jego niepewną minę.
- To świetnie. Mam dla ciebie propozycję nie do odrzucenia. 
- Załatwisz mi przespanie całego następnego dnia? - spytałam z nadzieją.
- No... eee... Nie do końca. Idziemy dziś z chłopakami do tego nowego klubu w centrum. Szykuje się zajebista impreza. Co ty na to?
- Do Scandal Hell? Słyszałam o nim. Podobno nie ma wieczoru bez niezłej afery. Kto jeszcze idzie?
- Ian, Mike, Nick i Nate.
- Nick? O nie... - jęknęłam.
Nicolas jest najbardziej namolnym typem, jakiego w życiu spotkałam, a co gorsze, jest we mnie chorobliwie zakochany.
- Spoko, będziemy trzymać go z dala od ciebie. Słowo harcerza. - obiecał.
- Byłeś harcerzem? 
- Aha. Przez ponad 5 lat. To były świetne czasy. - uśmiechnął się tęsknie. - To jak, idziesz?
- Niech będzie. O której?
- 22 pasuje?
- Idealnie. 
- W takim razie do zobaczenia. 
No ładnie, ciekawe co ja teraz powiem Chrisowi. Scandal Hell nie jest przyjaznym klubem pokroju Energy. Tam jest naprawdę niebezpiecznie. Mam nadzieję, że uwierzy, że idę z kolegami na jedno, małe piwo. Ewentualnie dwa. 
Po wyjściu Aidena z powrotem rozwaliłam się na łóżku. Muszę znaleźć jakiś sposób, żeby te cholerne treningi były przyjemniejsze. Wróciliśmy do Nowego Jorku już ponad tydzień temu i jak na razie nie widzę żadnych skutków, oprócz bolących mięśni i miliona siniaków. Chris ciągle powtarza, że jak ogarnę podstawy, to będzie mi łatwiej, ale albo ja jestem tępym uczniem, albo on beznadziejnym trenerem. Albo jedno i drugie. 
Obudził mnie trzask zamykanych drzwi. Byłam tak zmęczona, że musiałam zasnąć.
- Obudziłem cię? Przepraszam. - mruknął Chris, kładąc się koło mnie.
- Nic się nie stało. - ziewnęłam. - Co robiłeś?
- Mamy sporo pracy.
Zakręcił na palcu kosmyk moich włosów, po czym puścił go luźno i wziął następny.
- Rozumiem. 
- Zmęczyłem cię trochę, co? Ostatnio tyle się działo... Powinnaś więcej odpoczywać.
- Hej, wszystko w porządku. Nie musisz się martwić. Te treningi nie są nawet najgorsze...
Zaśmiał się. - Nie przepadasz za nimi.
- Średnio... Znaczy wkurza mnie, że nic nie umiem zrobić. - westchnęłam.
- Znajdę ci partnera do ćwiczeń. Będzie mi łatwiej korygować twoje błędy, a tobie wyprowadzić skuteczny atak.
- To może Aiden? - podsunęłam.
- Collins?
- Aha.
- Pogadam z nim. Może. 
- Zazdrośnik. - zmrużyłam oczy.
- Wcale nie.
- Wcale tak. 
- Nie...
- A jednak.
- Pfff...
- Skoro nie, to co powiesz na to, że idę dziś z chłopakami na piwo?
- Idź, przecież nie mam nic przeciwko.
- Serio nie masz?
- A czemu miałbym mieć?
- Ale ściemniasz. - uśmiechnęłam się.
- Za dobrze mnie znasz. - przewrócił oczami. - Z kim idziesz?
- Z Aidenem, Ianem, Mike'iem, Nickiem i Natem.
- Tylko ostrożnie...
Oho, czyżby szykował się wykład?
- Jasne, babciu. - zakpiłam.
- Wątpię, żeby twoja babcia całowała tak dobrze jak ja.
- Wiesz, nie chciałabym się o tym przekonać...
- I słusznie. - wyszczerzył się.
- Bleh, jesteś okropny. - posłałam mu krzywy uśmiech.
- Teraz to zauważyłaś? - mrugnął do mnie. - Lecę, bo Ethan zrobi ze mnie pasztet jak zaraz nie wrócę.
- Nie musi nic przerabiać. - burknęłam, gdy wyszedł.
- Ej! Słyszałem! 
Uśmiechnęłam się do siebie. Nigdy nie zrozumiem, dlaczego denerwowanie Blake'a daje mi tyle satysfakcji.
***

- Doleweczka? - spytał Aiden, podsuwając mi butelkę wódki.
Kiwnęłam głową. - Jasne. Co to w ogóle za mocne cholerstwo?
- Jakaś rosyjska, chuj wie.
Zaśmiałam się. Siedzieliśmy razem przy barze już dobrą godzinę. Ian, Mike i Nate prawdopodobnie testowali z kimś kabiny w łazienkach, bo nigdzie ich nie widziałam. Niestety ta mękoła - Nick, ciągle kręcił się w pobliżu.
- Hej piękna. 
O wilku mowa, a wilk tuż tuż... Chociaż to jest raczej jakiś komar albo mucha. Nie odczepi się, póki jej nie zabijesz, a ja naprawdę nie chciałam popełniać morderstwa. Nie teraz i nie tutaj.
- Ile razy można ci powtarzać, że nie jestem tobą zainteresowana? - zapytałam znudzona.
- Co tak ostro kicia? Ja tylko chcę się z tobą zaprzyjaźnić.
- Jeszcze raz nazwiesz mnie w ten sposób i pożałujesz... - warknęłam.
- Akurat. - prychnął.
No cóż, czas sięgnąć po sekretną broń.
- Albo w tej chwili się odpieprzysz, albo jeszcze dzisiaj powiem Chrisowi, że mnie podrywałeś. Gwarantuję, że niewiele z ciebie zostanie, Nicolas.
Chłopak cały pobladł i natychmiast się ode mnie odsunął.
- Aaale po co te nerwy, tak? Ja tylko eee... Nieważne... Miło było poznać... Yhh... Tak... Muszę iść, cześć! - zawołał, po czym uciekł na drugi koniec sali.
- Jak widać Chris Blake to wystarczający argument. Ładnie rozegrane. - Aiden uśmiechnął się z uznaniem.
- Dzięki. - przybiłam mu piątkę. - Jeszcze jedna kolejka?

***

*Christian*

Zbliżała się druga w nocy, a Emma nadal nie wróciła. Zaczynałem się martwić. Oczywiście komórki nie odbiera, ale nie ma się co dziwić. Pewnie są w jakimś klubie, a tam panuje jeden wielki huk i jazgot. 
Poszedłem do gabinetu, otwarłem kompa i zalogowałem się do programu lokalizującego telefon danej osoby po numerze, albo danych personalnych. Dla pewności wpisałem oba.
Mam nadzieję, że nie wpadła w żadne kłopoty... Niestety to jej specjalność.
Po zaledwie kilkunastu sekundach, system wskazał mi dokładny adres, pod którym mogłem znaleźć Emmę. I w tej chwili miałem ochotę ją udusić... Kurwa mać... Milion razy powtarzałem jej, żeby pod żadnym pozorem, nawet nie zbliżała się do Scandal Hell. Ale to w końcu cholerna, krnąbrna, nieposłuszna Emma... Skaranie Boskie.

Chwilę później jechałem już przez jaskrawo oświetlony Manhattan. O dziwo, nie było korków. Całe szczęście. Zaparkowałem czerwone Lamborghini kawałek od wejścia do pubu. 
Wokół tłoczyła się grupa przyćpanych imprezowiczów. Wykrzykiwali jakieś bzdury i wymieniali się małymi woreczkami z białą zawartością.  Jaskrawy neon na odrapanej ścianie raził po oczach. W drzwiach minąłem się z napakowanym ochroniarzem, który wyglądał, jakby sam nie oszczędzał się tego wieczoru. Serio, czy tu jest choć jedna trzeźwa osoba? Co za melina...
Szybko znalazłem Emmę. Siedziała przy barze z tym całym Collinsem, na oko kompletnie pijana. 
- Emma! - wydarłem się, podchodząc bliżej.
- Mmm, pan chodzący sex się zjawił. - wymruczała. Z pewnością była kompletnie pijana.
- Powiedziałbym raczej, że pan ostro wkurwiony. Wracamy do domu.
- Po coo? Masz jakieś plany skarbie? - zachichotała.
Szczęka mi opadła. Na miłość Boską, co ten cholerny alkohol zrobił z zawsze powściągliwą, nieśmiałą Emmą?
- Tak. Mam. - przerzuciłem ją sobie przez ramię, z przeczuciem, że i tak się inaczej nie dogadamy.


***


- Jesteś taki przystojny Chriiis. Co będziemy robić?
- Pójdziesz spać. - burknąłem. Może i jest nawalona w cztery dupy, ale mi i tak będzie potrzebny zimny prysznic. Długi.
- Z tobą? - spytała, rzucając mi uwodzicielskie spojrzenie spod rzęs.
- Nie.
- Czeemu? Już ci się nie podobam?
- Gdybym przespał się z tobą, podczas gdy jesteś w takim stanie, to rano chyba byś mnie zatłukła. - wyjaśniłem spokojnie.
Parsknęła śmiechem. - Pewnie tak. Ale przecież ty lubisz ryzykować hmmm? - Przesunęła paznokciem po mojej klatce. 
Nie, nie wytrzymam... Wstałem z łóżka i założyłem ramiona. - Idź spać. Porozmawiamy rano.
- O czyyym?
- O wszystkim. Włącznie z twoją niewyżytą, pijaną wersją i jej propozycjami.
- Nadal są aktualne. Najlepiej do przetestowania w praktyce. - mrugnęła do mnie.
- Dobranoc Emma. - wycedziłem.

Obudziłem się na kanapie pod stertą koców. Skutki stania przez dwadzieścia minut pod zimnym strumieniem...
- Jezu, moja głową... - jęknęła Emma.
Zrzuciłem przykrycia i podszedłem do łóżka. 
- Było jeszcze więcej pić. 
- Czemu spałeś na kanapie? - wymamrotała.
- Wolałem trzymać się z dala od ciebie i twoich pomysłów.
- Jakich znowu pomysłów?
- Na wszelkie sposoby próbowałaś zaciągnąć mnie do łóżka. 
Popatrzyła na mnie szeroko otwartymi oczami.
- Że...co?
- To co słyszysz. - uśmiechnąłem się krzywo. - Robisz się okropnie niewyżyta po alkoholu. I bardzo bezwstydna.
Zaczerwieniła się i odwróciła wzrok. 
- Przepraszam... To przez tą wódkę... - zaczęła się tłumaczyć.
- Emma, co ja ci mówiłem? - spytałem spokojnie, walcząc z wybuchem złości.
Spojrzała na mnie pytająco. 
- Scandal Hell... - syknąłem.
- Daj spokój Chris, klub jak klub. - wzruszyła ramionami.
- Nie. W normalnych klubach ochroniarze są trzeźwi, a narkotyki nie sypią się na prawo i lewo.
- Nic się przecież nie stało.
- Ale mogło się stać.
- Ale się nie stało, Christian. Naprawdę przesadzasz! Nie jestem dzieckiem i nie muszę słuchać cię w każdej kwestii! - zawołała.
- Nie rozumiesz, że próbuję zapewnić ci bezpieczeństwo?! - krzyknąłem.
- To nie próbuj! To się robi męczące! Tak jak twoje scenki zazdrości.
- Więc cię męczę? - upewniłem się.
- Tak, dokładnie to powiedziałam. - syknęła.
- Gdybyś była ostrożniejsza i mniej postrzelona, inaczej by to wyglądało.
- Mam dość tej rozmowy. - Wstała, wzięła z szafy ubrania i zamknęła się w łazience.
Przetarłem dłońmi twarz. Skoro nie wytrzymaliśmy bez kłótni nawet dwóch tygodni, to nie chcę wiedzieć, co będzie dalej... W myślach przywołałem słowa Emmy z plaży w Los Angeles. "Nigdy cię nie zostawię." Mówiła poważnie? Chyba tak. Więc czemu znowu mamy spięcia? Bo jest nieodpowiedzialna. A konkretniej nieodpowiedzialna, jeśli chodzi o jej własne bezpieczeństwo. Gdy mieliśmy na karku rząd stawała na głowie, żeby nie popełnić najmniejszego błędu. Ryzykowała wszystko, przyjeżdżając do Air Force. Wszystko dlatego, że chodziło o mnie. Ona nie potrafi zadbać o siebie, gdy jest sama. Myśli, że zawsze jakoś się wywinie i to jest podstawowy błąd. No cóż, trzeba będzie jej go uświadomić. 

***

*Emma*

Wzięłam szybki prysznic, ubrałam się i zaplotłam włosy w luźny warkocz. Cała złość mi jakoś minęła i zaczęłam dostrzegać jak głupio się zachowałam. Jeszcze niedawno byliśmy na celowniku żołnierzy AFF, a w zasadzie nadal jesteśmy, w dodatku nie wiemy jaki udział w tym wszystkim mieli Rodger i jego świtka. W każdym razie McConey jest teraz na pewno wkurwiony na maxa i co za tym idzie, możemy się spodziewać ataku w każdej chwili. No ale ja oczywiście zawsze muszę być najmądrzejsza, postawić na swoim i najebać się w najgorszej melinie w mieście. Brawo Emma, brawo... Nie dziwię się Chrisowi, że się tak zdenerwował. Sama jestem na siebie wściekła. Na pewno okropnie się martwił... Boże, jestem beznadziejna. Trzeba to jakoś odkręcić.

Odetchnęłam głęboko, stojąc przed drzwiami do gabinetu Chrisa. Ciemne drewno odbijało jaskrawe światło lamp na korytarzu. Uroki podziemia - zero okien i naturalnego światła.
Wyciągnęłam rękę i zapukałam niepewnie.
- Proszę. 
- Mogę...? - spytałam cicho, zaglądając do pomieszczenia.
Chris odchylił się na fotelu.
- Przecież mówiłem, że nie musisz pukać. - mruknął.
Kiwnęłam tylko głową i usiadłam na krześle naprzeciwko niego.
- Przepraszam... - wydusiłam. - Nie dość, że idiotycznie się zachowałam, to jeszcze na ciebie nawrzeszczałam... Miałeś rację mówiąc, że jestem postrzelona i nieodpowiedzialna, powinnam była cię słuchać, zamiast udawać najmądrzejszą.
Wbiłam wzrok w papiery na biurku, oczekując kazania, krzyków i Bóg wie czego jeszcze.
Zamiast tego Chris pochylił się nad biurkiem i delikatnie uniósł mi głowę.
- Popatrz na mnie, Emma. - poprosił łagodnie.
Niepewnie spojrzałam mu w oczy.
- Słuchaj... Czasem zapominam, że to wszystko jest dla ciebie zupełnie nowe. Traktuję cię jakbyś siedziała w tej robocie tyle co ja albo dłużej, a nie powinienem. To co zrobiłaś może było głupie i niepotrzebne, ale to jedna z reakcji na stres. Wystarczy przyjrzeć się temu, co działo się zaledwie dwa tygodnie temu...
- A gdyby Garry i Rodger to wykorzystali? Mogłaby wyjść z tego totalna katastrofa... Znowu z mojej winy. - szepnęłam.
- Jak to znowu...? 
- No... - zawahałam się.
- Emma, jakie znowu... - naciskał Chris.
- To, że trafiłeś do Air Force... - zaczęłam.
- Jak możesz się za to obwiniać? - popatrzył na mnie zszokowany.
- Gdybym nie uciekła...
- Cholera, zabraniam ci tak myśleć! - zawołał. - Nieszczęśliwy splot wydarzeń, tyle. Nigdzie nie zawiniłaś, Emma. Naprawdę... - zapewnił spokojniej.
- Ja sądzę coś innego...
- To przestań. Na szczęście jesteśmy już bezpieczni, tak?
Lekko skinęłam głową.
- Emm... 
Chris wstał i przysiadł na biurku koło mnie. - Nie możesz się za to obwiniać, ok?
- Nie wiem...
Westchnął cicho.
- Zostawmy przeszłość za sobą. Teraz mamy za dużo problemów, żeby się nią przejmować.
- Chyba masz rację. 
- A wracając do dzisiaj... Użyłem za ostrych słów, przepraszam.
- To ja nawaliłam, nie masz za co przepraszać... 
- Chodź do mnie. - mruknął, wyciągając ramiona.
Bez słowa zarzuciłam mu ręce na szyję i wtuliłam się w niego. Pachniał znajomą mieszanką żelu pod prysznic, perfum i po prostu Chrisa. Zapach jednoznacznie kojarzący mi się z poczuciem bezpieczeństwa.
- Wyskoczymy gdzieś wieczorem? - spytał z ustami przy moim uchu.
- Nagroda za takie zachowanie? Uważaj bo się przyzwyczaję. - uśmiechnęłam się lekko.
- Widzę, że humor ci wraca, bardzo dobrze. - odpowiedział z uśmiechem. 
- To gdzie idziemy? 
- Niespodzianka. - mrugnął do mnie porozumiewawczo.
- A powiesz chociaż jak mam się ubrać?
- Im bardziej minimalistycznie tym lepiej. 
- Chciałbyś. - parsknęłam śmiechem.
- Nawet nie wiesz jak bardzo. - westchnął z rozmarzeniem.
Pokręciłam tylko głową. - Okay, nie przeszkadzam ci już. Do później?
- Jasne, mała. 
Wróciłam do pokoju, zastanawiając się, co założyć. Sukienka? Spodnie? Nie mam pojęcia...
Nagle całą bazą wstrząsnął charakterystyczny alarm, który sprawił, że podskoczyłam nerwowo, jednocześnie upuszczając trzymane ubrania. Poczułam, jak włosy jeżą mi się na karku. Nie... Napad. Krew odpłynęła mi z twarzy, a żołądek zacisnął się w supeł.
__________________________________
Hej! Na wstępie chciałam przeprosić, że musieliście tyle czekać na rozdział, ale ostatnio mam mnóstwo na głowie. No wiecie, klasyfikacja na koniec roku i te sprawy.. W każdym razie mam nadzieję, że jeszcze ktoś został i czyta tego bloga? :) 
Ok, nie przedłużam :D Miłego weekendu!
Little M.