czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział 15 - Nie zostawiaj mnie...

*Emma*

Sekundę później usłyszałam głośny trzask drzwi i do sypialni wpadł Chris. W pośpiechu wciągnął na siebie kurtkę i upychał broń wszędzie, gdzie się dało. Był wyraźnie rozdrażniony: zaciskał szczękę i miotał się po pokoju trochę bez celu. Wsunął nóż do pokrowca przy ciężkim bucie i zwrócił się do mnie.
- Muszę iść, zostań tu. - rzucił zdyszany. 
Przygotowywałam się na te słowa odkąd wróciliśmy do Nowego Jorku, jednak i tak wywarły na mnie piorunujące wrażenie. Na jedno długie uderzenie serca czas stanął w miejscu.
Panika chwyciła mnie za gardło. Nie... Nie mogę go stracić... Nie po raz kolejny.
- Chris... - wyszeptałam odrętwiała. Serce łomotało mi w piersi tak mocno, jakby obijało się o żebra. Kiedy Chris znalazł się koło mnie, przywarłam do niego całym ciałem, mocno obejmując go ramionami. - Zostań, proszę...
- Emma... - zaczął podirytowany.
- Nie, proszę, nie idź! Nie możesz! - wybuchnęłam płaczem. 
Dlaczego nie rozumiał, że jest dla mnie wszystkim? Czemu musiał się ciągle tak cholernie narażać?!
- Skarbie, wiesz, że to moja praca...
Złapał delikatnie moje nadgarstki i spróbował mnie od siebie odciągnąć.
- Chris, nie... Nie... - szlochałam spanikowana. 
Cała się trzęsłam. Zacisnęłam mocniej ręce na jego koszulce. 
- Emma, proszę...
Tym razem położył mi dłonie na ramionach i stanowczo odsunął.
- Ostatnio prawie cię straciłam... 
Mój płacz przerodził się w histerię. Straciłam nad nim kontrolę. Ponownie mocno objęłam Chrisa, wtulając twarz w jego szyję. Skapitulował i przytulił mnie krótko.
- Wybacz mi. - szepnął, całując mnie w czoło. W jego oczach dostrzegłam rozdarcie, zastąpione bólem. 
Spojrzałam na niego zdezorientowana.
Puścił mnie powoli, jakby się do tego zmuszał, po czym w ułamku sekundy znalazł się przy drzwiach i zatrzasnął je za sobą. Od razu do nich doskoczyłam. Szarpnęłam za klamkę, ale ani drgnęła. Zaczęłam tłuc pięściami w gładkie drewno, cały czas wołając Chrisa. Odpowiedziały mi tylko głuche odgłosy kroków na korytarzu. Alarm umilkł. Zapadła głucha cisza. Skołowana osunęłam się na ziemię i schowałam głowę w ramionach. Zacisnęłam pięści, ignorując piekący ból. Zorientowałam się, że zdarłam kostki do krwi, ale nie obchodziło mnie to. Nic się nie liczyło, nic nie miało znaczenia. Nikt i nic, poza nim... Zostawił mnie. Pojechał tam. Może nie wrócić... Świadomość, że być może widziałam Chrisa po raz ostatni zadawała autentyczny, tępy ból w klatce piersiowej. 

Zrobiło mi się gorąco i cholernie niedobrze. Ledwie doczołgałam się do łazienki, gdzie zwymiotowałam wszystko, co dziś zjadłam. Walczyłam z płaczem, ale nie miałam szans w tym starciu. Zupełnie przejął nade mną kontrolę. Brakowało mi oddechu.
Drzwi się otworzyły i ktoś wszedł do środka. 
- Emm... - Rozpoznałam głos Aidena. 
Usiadł obok i chciał objąć mnie ramieniem.
- Nie dotykaj mnie! - wydarłam się.
- Emma, chcę ci tylko pomóc... - wyszeptał. W jego zielonych oczach zalśnił zawód.
- Nie! Odsuń się! Tylko Chris... 
Odepchnęłam go mocno. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mnie dotykał. Nie teraz, gdy tak rozpaczliwie potrzebowałam Chrisa. Jego czułych objęć i spokojnego głosu, kiedy mówił, że wszystko będzie dobrze. Aiden w końcu się poddał i wyszedł. 
Skuliłam się w kącie łazienki, dociskając czoło do chłodnych kremowych kafelek na ścianie. Zimna powierzchnia podziałała otrzeźwiająco i powoli mnie uspokajała. Jeden... dwa... trzy... cztery... Liczyłam w myślach oddechy tak długo, aż potrafiłam normalnie zaczerpnąć powietrza.
Po chwili przyjaciel wrócił.
- Chcesz wody? - spytał cicho.
Kiwnęłam głową, z wdzięcznością przyjmując od niego szklankę.
- Dzięki... - wymamrotałam. Głos miałam schrypnięty od płaczu.
- Przynieść ci jeszcze?
Znów skinęłam głową. Podniosłam się z trudem i stojąc na drżących nogach oparłam się o umywalkę. Wyglądałam tragicznie. Czerwone, spuchnięte oczy, plamy na całej twarzy. Przemyłam ją zimną wodą, mając nadzieję, że to zmniejszy zaczerwienienia. Usłyszałam pukanie do drzwi łazienki.
- Emma? Wszystko dobrze? - spytał nerwowo Aiden.
- Tak, zaraz wychodzę. - odpowiedziałam już trochę głośniej.
Chłopak siedział na łóżku ze szklanką w dłoni. Podał mi ją bez słowa. Ułożyłam się obok niego, krzyżując nogi. 
- Aiden? - zaczęłam.
- Tak?
- Co ty tu... - zamyśliłam się nad doborem odpowiednich słów. - Co robiłeś w bazie? W sensie, mówiłeś, że chcą cię już wziąć na akcję. - wydukałam. Ciągle byłam roztrzęsiona i nawet sklecenie prostego zdania sprawiało mi problem. 
- Byłem już prawie na miejscu ataku, ale zatrzymał mnie jakiś koleś i powiedział, że Blake kazał mi natychmiast wracać. Nie wyglądał jakby sobie robił jaja więc zawróciłem. Christian był cały podenerwowany. Dał mi klucze do waszego pokoju i kazał się tobą zająć. Dopiero po chwili kapnąłem się, że pewnie cię  zamknął. No i od razu tu przyszedłem. - dokończył.
- Przepraszam... 
- Za co? - spytał zdziwiony.
- Za moje zachowanie... Że cię odepchnęłam... - plątałam się zawstydzona. To przecież mój przyjaciel, na miłość Boską, a ja się zachowywałam, jakby chciał mi zrobić krzywdę.
- W porządku... - Zmarszczył lekko brwi. - Mogę spytać dlaczego byłaś w takim stanie i dlaczego Blake cię zamknął?
- Przez to co stało się w Air Force... Po prostu strasznie się o niego boję, Aiden... Nie chciałam go puścić i dlatego...
Prychnął ze złością. - Odkąd praca jest ważniejsza od dziewczyny?
- Wiesz, że to nie tak... To jego obowiązek...
- No i? Ja bym został. - powiedział uparcie. 
- Jak już znajdziesz dziewczynę to będzie ogromną szczęściarą. - uśmiechnęłam się smutno.
- Raczej nie znajdę. - Wzruszył ramionami.
- Czemu?
- Jedynej, której pragnąłem już od dawna z nami nie ma.
Zatkało mnie. - O mój Boże... 
Gdyby Chris zginął... Nie, ta myśl była zbyt bolesna żeby w ogóle ją do siebie dopuścić.  
- Choroba. - wyjaśnił krótko. 
- Przykro mi... - szepnęłam szczerze.
- Zostawmy to. Już późno, powinnaś się przespać. Zostać z tobą?
- Nie, ty też musisz odpocząć...
- Jakbyś nie mogła zasnąć to przyjdź do mnie ok?
- Ok, dzięki Aiden. Za wszystko.
- Nie masz za co. Dobranoc. 
- Dobranoc...
Przytulił mnie lekko i wyszedł z pokoju. 
Westchnęłam ciężko i położyłam się na łóżku ze wzrokiem wbitym w sufit. Nawet nie wiem kiedy, zapadłam w niespokojny sen.
"- Chris! Christian! 
Wokół panował chaos. Wszędzie była krew. 
- Chris!
W końcu go dostrzegłam. Jakiś facet celował do niego z broni.
- Uważaj! Christian uważaj! Uciekaj! - Próbowałam krzyczeć, ale głos uwiązł mi w gardle. Gdy chciałam do niego pobiec, nogi jakby wrosły mi w ziemię.
Facet wystrzelił. 
 - Nie!!! Nie! Nie!"
- Nie!
Obudziłam się z krzykiem, zlana zimnym potem. Łzy płynęły mi po policzkach. Sen. To był tylko sen... Odruchowo wyciągnęłam rękę, żeby przytulić się do Chrisa, ale moja dłoń opadła samotnie na pościel. Spanikowana poderwałam głowę z poduszki i wtedy do mnie dotarło: akcja. Spojrzałam na zegarek. Dochodziła druga w nocy, a Chris wyszedł wieczorem. Minęło już tyle godzin...
Usiadłam na łóżku i przetarłam twarz dłońmi. 
Nie wiem, ile czasu upłynęło, zanim usłyszałam cichy trzask otwieranych drzwi. Serce załomotało mi w piersi. 
- Chris... - wyszeptałam z niedowierzaniem.
Podbiegłam do niego, ledwie hamując się przed rzuceniem się mu na szyję. Opierał się o futrynę, zupełnie wykończony. Miał rozcięty łuk brwiowy i wargę, ale płytko, bo krew zdążyła już zaschnąć. 
Niepewnie wyciągnęłam rękę i przesunęłam palcami po jego policzku. Wtulił twarz w moją dłoń.
- Nie przywitasz się? - spytał cicho, całując jej wnętrze.
- Och, Chris... - szepnęłam ze ściśniętym gardłem.
Przytuliłam go mocno, płacząc z ulgi, że jest cały. Objął mnie ramionami i uspokajająco głaskał po plecach.
- Tak cholernie się o ciebie martwiłam... 
- Już dobrze, mała. - wymruczał z ustami przy moim uchu. - Jestem przy tobie...
Zmusiłam się do odsunięcia od niego.
- Musisz odpocząć. Wyglądasz okropnie...
- Cóż, dzięki. 
Usiadł na łóżku, krzywiąc się z bólu. Widziałam, że próbuje to ukryć pod sztucznym uśmiechem, co jeszcze bardziej mnie zmartwiło. Wszystkie urazy uznawał za błahostki i zbywał machnięciem ręki, więc to musiało być coś poważnego... W takim razie czemu nie jest jeszcze u lekarza? Może mi się wydawało i jest po prostu zmęczony...?
- Wezmę to.
Zdjęłam mu kurtkę i zawiesiłam na krześle. Zacisnęłam zęby na widok długiego rozdarcia biegnącego przez przód okrycia. Chyba dostrzegł moją minę, bo od razu zareagował. 
- To tylko kurtka, nic mi nie jest...
Niepewnie kiwnęłam głową i przyniosłam z łazienki apteczkę.
- Emm, nie musisz, to się zagoi... - zaczął.
- Proszę, daj mi się tym zająć...
- W porządku. - ustąpił.
Klęknęłam obok niego na łóżku. Odsunęłam dłuższe kosmyki włosów z boku jego głowy i delikatnie zaczęłam przemywać ranę.
Oddychał płytko, przyglądając mi się uważnie. 
- Martwiłem się o ciebie... - wydusił.
Przerwałam przygładzanie brzegów przed chwilą założonego opatrunku.
- Ty o mnie ? Czemu...?
- Kiedy wyszedłem z tego pokoju, poczułem się jakbym zostawił część siebie za drzwiami. - wyznał, cały czas wpatrując się we mnie ogromnymi niebieskimi oczami.
- Chris...
To była chyba najpiękniejsza a zarazem najsmutniejsza rzecz, jaką kiedykolwiek usłyszałam.
- Pękało mi serce... Nigdy nie zapomnę widoku twojej zapłakanej buzi, kiedy musiałem cię od siebie odsunąć. - szepnął.
Ścisnęło mnie w klatce piersiowej. Wsunęłam się mu na kolana, wtulając twarz w jego szyję. Objął mnie mocno.
- Kocham cię, Emm... Nigdy nie kochałem nikogo bardziej, niż ciebie...
Słyszałam szczerość i smutek w jego głosie i znowu zachciało mi się płakać. Zamrugałam szybko, żeby odgonić łzy. - Też cię kocham, skarbie...
Przekręciłam się tak, że siedziałam na nim okrakiem. Zabrałam się do przemywania rany w kąciku ust. 
- Boli?
Pokręcił wolno głową.
- Gotowe. - mruknęłam, odkładając resztki gazików na pościel.
- Nie pamiętam, kiedy ostatnio ktoś tak delikatnie się ze mną obchodził. - uśmiechnął się lekko.
- Powinnam być brutalna? - spytałam żartobliwie.
- Nie potrafiłabyś.
Prychnęłam, a on uśmiechnął się jeszcze szerzej. Nagle spoważniał i wziął mnie za ręce. 
- Emma co to jest? - spytał schrypniętym głosem, skupiając wzrok na odartych do krwi kostkach.
Zagryzłam mocno wargę. Na śmierć zapomniałam, żeby coś z tym zrobić.
- Emma? - ponaglił.
Wzięłam głęboki oddech. - Po tym jak wyszedłeś, waliłam pięściami w drzwi, tak długo, aż... no... 
- Nie możesz robić sobie krzywdy z mojego powodu! - zawołał, nagle zdenerwowany. - Nie możesz... Nie jestem... - zaciął się.
- Nie jesteś co? - syknęłam.
Domyślałam się odpowiedzi. Jeśli to powie, przysięgam, że chyba go zabiję.
- Nie jestem tego warty. - dokończył zniżonym głosem, potwierdzając moje przypuszczenia.
Wkurzona zerwałam się na nogi. 
- Tak właśnie o mnie myślisz?! Że mi na tobie nie zależy?! Może jeszcze powiesz, że jestem z tobą dla wypasionego auta i ładnej buźki, co?! - wydarłam się. 
Zranił mnie do żywego. Jak mógł tak sądzić...? 
Podniósł na mnie chmurne spojrzenie. Przez jego oczy przewijało się milion emocji w takim tempie, że trudno mi było uchwycić choćby jedną.
- Nie o to mi chodziło. - zaczął zdławionym głosem. - Kocham cię, nie chcę żebyś cierpiała fizycznie, psychicznie - nieważne. Nie z mojego powodu. 
- Christianie Andrew Blake do cholery jasnej! Myślisz, że znoszę to całe twoje przestępcze gówno, bo mi się ono podoba?! Że lubię patrzeć jak wracasz cały poharatany?! To cię oświecę! Nie! Tkwię tu, bo cię kurwa kocham! Kiedy  dotrze do twojej tępej łepetyny, że cię kocham?! - szlochałam. - Kiedy...? - spytałam zduszonym szeptem. Wierzchem dłoni starłam łzy, wściekła na siebie, na niego i na cały świat. Miałam ochotę schować się w jakimś kącie i po prostu płakać.  
- Emm... - spojrzał na mnie błagalnie. - Proszę cię przestań... Nienawidzę, gdy płaczesz...
- To przestań wygadywać bzdury i mnie do tego doprowadzać. - warknęłam. 
Zacisnął zęby. - Przepraszam... Jestem jebanym frajerem. Po prostu nadal trudno mi uwierzyć... - zaciął się. - Nikt mnie nie przyzwyczaił do takich słów jak "kocham cię"... Są dla mnie obce, cały czas uczę się ich znaczenia... 
Siedząc tak ze spuszczoną głową, wyglądał jak mały, zagubiony chłopiec. 
Odetchnęłam głęboko. Musiałam się uspokoić. W końcu przysiadłam koło niego i delikatnie odciągnęłam jego dłonie od twarzy. Ścisnęłam je lekko. Spojrzał na mnie zdruzgotanym wzrokiem, jakby myślał, że wszystko między nami zepsuł. 
- Przepraszam. Nie powinnam była się na ciebie wydzierać... Żadne z nas nie jest idealne, co? - uśmiechnęłam się lekko.
Odwzajemnił uśmiech, ale nie sięgał on oczu: rozszerzone źrenice, ciemno niebieskie tęczówki, milion uczuć naraz.
- Wybacz mi... 
Przerwałam mu pocałunkiem. Wsunęłam palce w jego włosy, gdy pociągnął mnie z powrotem na swoje kolana. Poczułam jak puls gwałtownie mi przyspiesza. Już zawsze będę tak reagować na jego dotyk? Kiedy zaczynało nam brakować powietrza, oparł czoło o moje. Tkwiliśmy w tej pozycji, napawając się swoją bliskością. Nie potrzebowaliśmy słów. Przesunęłam dłońmi przez jego klatkę piersiową i oparłam je po jej bokach. Gwałtownie wciągnął powietrze i cały się spiął. Zacisnął mocno szczękę.
- Chris...? Co jest? - spytałam wystraszona. 
- Wszystko ok... 
Było jasne, że kłamał.
- Zdejmij koszulkę... - poprosiłam łagodnie, schodząc z jego kolan.
Przełknął ślinę i ściągnął czarny T-shirt przez głowę. Niepewnie przesunęłam wzrokiem po jego ciele. Na boku, w okolicy żeber miał paskudne ciemne sińce. Nie wyglądało to dobrze...
- Byłeś u Johnsona? 
- Nie... Ale nie martw się, są całe. Tylko potłuczone. Zaliczyłem kilka kopniaków...
Przeszedł mnie dreszcz, gdy to sobie wyobraziłam. 
- Skąd wiesz, że nie są połamane? - spytałam drżącym głosem.
- Sprawdziłem... Trzeba nacisnąć w kilku miejscach. Boli jak cholera, ale to przydatna umiejętność.
Skrzywiłam się. Jego odporność na ból jest niesamowita. Pamiętam, że gdy raz miałam obite żebro, po upadku z konia, to płakałam w nocy z bezsilności, bo nie mogłam się w żaden sposób ułożyć. A u mnie nie było nawet widać siniaków...
- Wezmę prysznic i oboje pójdziemy spać, hm?
Odgarnął mi włosy za ucho. Przytrzymałam jego dłoń przy swojej twarzy i wtuliłam w nią policzek.
- Wszystko dobrze? 
- Nie... Nie chcę takiego życia... Nie chcę się ciągle o ciebie martwić... Nie chcę żebyś się narażał...
- Wiem... Wiem, Emm i musimy o tym porozmawiać, ale to nie jest dobra pora, ok? 
Pokiwałam głową, siadając na łóżku. Chris wstał z trudem i powlókł się do łazienki. Wyglądał na naprawdę zmordowanego. Miałam ochotę udusić tego, kto go tak załatwił. Może gdybym więcej trenowała, to pozwoliłby mi jeździć na akcje? Nawet w mojej głowie zabrzmiało to absurdalnie. Chris i jego obsesja na punkcie mojego bezpieczeństwa plus wysłanie mnie na akcję? Nie, to nigdy nie będzie miało prawa się łączyć. Z drugiej strony, mogę się wymykać, pilnować jego pleców. Ale tylko wtedy, gdy zdobędę wystarczające umiejętności. Mam mu pomagać, a nie zawadzać... 
Wyszedł z łazienki kilkanaście minut później. Potłuczone żebra ukrył pod czarną, luźną bokserką, ale ciągle miał trudności z poruszaniem się. Widziałam, że każdy krok sprawia mu ból.
- Jesteś pewien, że nie chcesz iść do lekarza? - spytałam z nadzieją, że zmieni zdanie.
- Wszystko dobrze Emm. Naprawdę musisz przestać się zamartwiać. 
Westchnęłam cicho. Położył się na plecach i spojrzał w moją stronę.
- Mam spać sam? - Uniósł brwi, przyglądając mi się z rozbawieniem.
Odwzajemniłam uśmiech. Może faktycznie nic mu nie jest? Oby...
Zgasiłam lampkę przy łóżku, po czym wsunęłam się pod kołdrę obok niego. Oparłam głowę na jego piersi i objęłam go ramieniem w pasie. Od razu splótł swoje palce z moimi. Uśmiechnęłam się pod nosem. Tak, teraz wszystko jest tak, jak być powinno.
- Dobranoc. - wymruczał, całując mnie delikatnie w głowę.
- Dobranoc. - szepnęłam, odpływając w spokojny, pozbawiony koszmarów sen.

***

Rano obudziłam się w świetnym nastroju. Budzik pokazywał zaledwie ósmą rano, ale nie przeszkodziło mi to we wstaniu i ogarnięciu się. Nigdy nie lubiłam długo leżeć w łóżku. Wokół było ciemno jak diabli, więc uważając, żeby nie potknąć się o własne nogi, pokuśtykałam do lampki wiszącej w drugiej części pomieszczenia i zapaliłam ją. Pokój zalało łagodne, stłumione matowym kloszem światło. W mieszkaniu na minusach najgorsze było właśnie to, że brakowało okien i nie dochodziły tu promienie słońca. Odgoniłam od siebie myśli o niedogodnościach. Miałam zbyt dobry humor, żeby zamartwiać się teraz bzdurami. Sama nie wiem, czym był spowodowany. Może tym, że coś, czego obawiałam się od czasu powrotu z Air Force, czyli akcja, w końcu się stało, a Chris wrócił do mnie cały i zdrowy? No... Prawie zdrowy. Ale ważne, że żywy, w niezłym stanie. Czułam się, jakby ktoś zdjął mi z piersi ogromny ciężar i w końcu mogłam odetchnąć. Oczywiście do czasu, ale zanim wrogowie zbiorą się po porażce trochę minie, prawda? Przynajmniej taką miałam nadzieję.
Ostrożnie, żeby nie obudzić Chrisa, przemknęłam do łazienki. Zanim weszłam, zatrzymałam się w progu i przetaksowałam mojego chłopaka wzrokiem. Leżał na boku, z kołdrą zamotaną wokół bioder. 

Koszulka podjechała mu do góry, ukazując pasek umięśnionego brzucha. Włosy miał potargane, usta rozchylone, a niewiarygodnie długie rzęsy rzucały cienie na wysokie kości policzkowe. Zagryzłam wargę. Cholera. Był naprawdę przystojny. Dużo, dużo więcej, niż przystojny i nagle zapragnęłam zastosować się do rady najlepszej przyjaciółki, która sugerowała, że powinnam jak najszybciej się z nim przespać. Potrząsnęłam głową, tłumiąc chichot. Sam zawsze była bezpośrednia, a ja właśnie zachowywałam się wcale nie lepiej. Z trudem odwróciłam spojrzenie od Chrisa i zamknęłam się w łazience. Po szybkiej ocenie lustrzanego odbicia, stwierdziłam, że nie wyglądam już jak siedem nieszczęść, ale ciemne cienie pod oczami nie dawały zapomnieć o stresującej nocy.
Wskoczyłam pod prysznic, umyłam włosy, wysuszyłam je, zaplotłam w luźny warkocz, nałożyłam lekki makijaż i wróciłam do pokoju po ubrania. Zdecydowałam się na jasne, jeansowe spodenki i biały, obcisły T-shirt. Na stopy wsunęłam różowe japonki.
Kiedy ostatecznie opuściłam łazienkę, Chris nadal spał. Było już po dziewiątej, ale zważając na to, jak wczoraj był zmordowany, założyłam, że pośpi przynajmniej do południa. A skoro tak... To czemu by nie pojechać po kawę do Starbucksa? Ślinka mi ciekła na myśl o pysznym macchiato z karmelem. Uśmiechnęłam się pod nosem. Przerzuciłam torebkę przez ramię i cicho wyszłam z pokoju.
- Hej! - Usłyszałam za sobą znajomy głos.
- Ethan, hej. - Na powitanie uścisnęłam go mocno, zaskakując tym nas oboje. Cóż, raczej nie mieliśmy jakiś rewelacyjnych kontaktów. Ja byłam dla niego po prostu dziewczyną najlepszego przyjaciela, a on dla mnie tylko kumplem chłopaka. Nic więcej.
- Gdzie się wybierasz? - spytał wesoło.
- Zachciało mi się kawy ze Starbucksa na śniadanie. - oznajmiłam z uśmiechem.
Roześmiał się. - Niezły pomysł, masz coś przeciwko, że zabiorę się z tobą?
- Czemu nie? Zaraz wrócę, zapomniałam czegoś. 
- Poczekam tu.
Ze złośliwym uśmieszkiem wróciłam do sypialni. Jak zawsze, na stoliku leżały kluczyki Chrisa. Do R8. R8, którego nigdy nie pozwolił nikomu prowadzić. Miałam dosłownie dziecięcą radochę, z możliwości złamania tego zakazu.
- Masz już wszystko? - Ethan spojrzał na mnie pytająco.
- Aha. - Uśmiechnęłam się szeroko, unosząc trzymane kluczyki. Srebrny breloczek z logo Audi kołysał się leniwie na boki. 
Szok w oczach chłopaka szybko zmienił się w niedowierzanie, aż w końcu przeszedł w rozbawienie.
- Żartujesz, nie? - wykrztusił w końcu.
- Nie. Mam ochotę pojechać pieprzonym Audi R8 Chrisa, więc pojadę pieprzonym Audi R8 Chrisa.
- Cholera, masz jaja dziewczyno. On cię udusi, jak się o tym dowie.
- Przecież nie musi o niczym wiedzieć, prawda? - Przechyliłam filuternie głowę i uśmiechnęłam się niewinnie.
Ethan tylko się zaśmiał i wsiadł za mną do auta. Odpaliłam silnik, który od razu zawarczał ochoczo. O tak, już dawno chciałam to zrobić.
- Jesteś pewna, że umiesz tym jeździć?
- Prowadziłam samochody wiele lat przed tym, zanim w ogóle miałam prawo to robić. - oznajmiłam spokojnie.
Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, ale nie dopytywał o nic więcej. I dobrze. Lekcje z Robertem to nie było coś, o czym chętnie opowiadałam.
Po kilkunastu minutach dotarliśmy do centrum Nowego, gdzie powitały nas ogromne korki, tłum na chodnikach i palące, sierpniowe promienie słońca. Otworzyłam okna, podśpiewując znany kawałek Bon Joviego. 
- Słuchasz rocka? - zagadnął mój towarzysz. Miał minę, jakbym co najmniej wyrecytowała wiersz płynną chińszczyzną.
- To coś dziwnego? - Uniosłam brwi.
- Nie, zapomnij, że pytałem. - Zakłopotany podrapał się po karku.
Wzruszyłam ramionami. Faceci są naprawdę nie z tej planety.
Po półgodzinnym przeciskaniu się w korkach, udało mi się wreszcie zaparkować naprzeciwko lokalu Starbucksa.
- Wow, serio nie ściemniałaś! - zawołał Ethan z podziwem w lśniących, brązowych oczach.
- Nie ściemniałam z czym ?
- Z tym prowadzeniem samochodów. Pierwszy raz widzę, żeby dziewczyna zaparkowała w tak ciasnym miejscu w jakieś sześć sekund. - zaśmiał się. - Sarah zajęłoby to tylko dziesięć minut, a potem by się zniechęciła i pojechała dalej.
Zachichotałam. - Oj tak, Sarah i parkowanie to ciężki duet.
Weszliśmy do kawiarni przy akompaniamencie dzwoneczków na drzwiach i ustawiliśmy się w kilkuosobowej kolejce. Ethan oparł się o blat koło mnie.
- Co ci zamówić? - Właśnie zdałam sobie sprawę jak niewiele o nim wiem. Nie orientuję się nawet jaką kawę pije i czy w ogóle ją lubi.
- Latte. - Uśmiechnął się lekko. 
- Co podać? - spytała znudzona dziewczyna za ladą. Na widok Ethana wyraźnie się ożywiła i posłała mu uwodzicielski uśmiech, a mi rzuciła nienawistne spojrzenie. Mój Boże, właśnie wzięła nas za parę...? 
- Dwa razy duże karmelowe macchiato i jedną dużą latte. Na wynos.
Wyliczyła kwotę, ale zanim zdążyłam otworzyć portfel, Ethan położył na blacie dwadzieścia dolców, objął mnie ramieniem i poprowadził do wolnego stolika, mrucząc, że reszty nie trzeba. Dziewczyna po raz kolejny spojrzała na mnie wściekle. 
- Wybacz. Chciałem, żeby się odczepiła. - przeprosił lekko zakłopotany.
- W porządku. Nie musiałeś płacić...
- Ale chciałem. - przerwał mi. Jego twarz znowu rozjaśnił szeroki uśmiech. Pasował mu zdecydowanie bardziej niż skwaszony grymas. Nie wytrzymuję i mówię mu o tym.
Parsknął śmiechem. - Cóż, dzięki. Wiem, że źle cię traktowałem, przepraszam. - powiedział poważniejąc. - Myślałem, że jesteś kolejną głupią laską, która leci na fajną brykę mojego kumpla, ale widzę, że bardzo się pomyliłem. Zaczniemy od nowa? - Wyciągnął do mnie rękę i uśmiechnął się z nadzieją.
- Jasne. - podałam mu swoją i odwzajemniłam uśmiech. - Tak nagle przyszło ci to do głowy?
- Szczerze? Zbierałem się do tej rozmowy, odkąd wróciliście z Air Force. A w nocy usłyszałem fragment waszej kłótni. - przyznał skruszony. - Stwierdziłem, że muszę w końcu naprawić te nasze relacje, zanim do reszty mnie znienawidzisz.
- Nie dramatyzuj tak znowu, nigdy cię nie nienawidziłam. - Przewróciłam oczami.
- Wasze zamówienie! - zawołała dziewczyna zza lady.
- Chodźmy. 
Zabraliśmy kawę i wróciliśmy do samochodu. Podałam Ethanowi papierowe kubki, a sama usiadłam za kierownicą.
- Tylko nie rozlej, bo wtedy Chris na serio mnie zabije.
- Spoko, wezmę winę na siebie. 
Zaśmiałam się. Przestałam go już postrzegać jako wiecznie wkurzonego buca. Okazał się naprawdę fajnym facetem. Ciekawe, co Chris powie na to, że w końcu złapaliśmy ze sobą kontakt, a wszystko przez to, że oboje w wyjątkowo dobrym humorze wpadliśmy na głupi pomysł i pojechaliśmy jego samochodem po kawę do cholernego Starbucksa.

***

Pożegnałam się z Ethem i cicho weszłam do pokoju. Chris nadal spał w tej samej pozycji, w której rano go zostawiłam. Odłożyłam kubki z kawą na szafkę, a kluczyki dyskretnie położyłam na stole, dokładnie tam skąd je wzięłam. 
- Ładnie to tak zabierać moje maleństwo bez pytania? - spytał spokojnie Chris, podpierając głowę na ręce. Uśmiechał się pobłażliwie i chyba nie miał mi tego za złe. Chyba...
- Tak jakoś wyszło. - Wzruszyłam beztrosko ramionami. - Byłam w Starbucksie. Z Ethanem.
- Możesz mi proszę powiedzieć jaki mamy dzisiaj dzień...? Bo mam wrażenie jakbym przespał minimum dekadę. Przecież wy się ledwo tolerujecie! Moje auto wróciło całe...? 
- Wyluzuj, oczywiście, że jest całe. Ma tylko kilka wgnieceń. - uśmiechnęłam się.
- Co ma?! - Chris poderwał się gwałtownie i syknął z bólu.
- Leż spokojnie, przecież żartowałam... To tylko auto, skarbie.
- Nie, to moja dziecinka, a nie "tylko auto". A ty mnie stresujesz! - burknął z nachmurzoną miną.
- Na mnie się gniewasz? - spytałam, patrząc na niego oczami zbitego pieska.
- Nie, nie, nie, tylko nie ta mina... - jęknął.
Pochyliłam się i pocałowałam go lekko. Odgarnął mi kosmyk włosów z twarzy. Było coś kojącego w jego dotyku, coś co uwielbiałam i od czego zdążyłam się już uzależnić. 
- Musisz odpocząć, miałeś ciężką noc. Prześpij się jeszcze. 
- Mhm... A jak wstanę to rozliczymy się za ten samochód. - wymruczał sennie.
- Jasne.
_____________________________
Hej!
Wiem, wiem... Znowu chwilę mnie tu nie było :/ Ale teraz, gdy wreszcie jest taka piękna pogoda nie marnuję czasu i ciągle nie ma mnie w domu :D Co z tego, że rozdział czeka gotowy na dodanie..jeżeli nie ma go komu dodać? :P W każdym razie mam nadzieję, że dobrnęliście do końca i Wam się spodobał. :) 
Do następnego!
Little M.
Ps. Zapraszam również na Wattpada, na profil MaryAnne001130, buźka ;*

2 komentarze:

  1. Zdecydowanie jest ktoś kto czeka na ciąg dalszy ;) mam nadzieje że wkrótce go poznam

    OdpowiedzUsuń
  2. Kiedy kolejny rozdzial? ;) czekam z niecierpliwoscia ;)

    OdpowiedzUsuń